"habilitare necesse est..." ?

**ostatnia aktualizacja: 10.06.2003**

Przed kilku laty wynikł konflikt z powodu nagminnego bezceremonialnego zmieniania zajęć dydaktycznych przydzielanych doktorantom (w tej sprawie były zresztą jednoznaczne, ale nie przestrzegane ustalenia Rady Wydziału). Podczas emocjonalnej dyskusji na ten temat w Dziekanacie stwierdziłem, że wobec niemożności załatwienia tak oczywistej sprawy, byłoby celowe włączenie Rektora do rozstrzygnięcia sporu. Na to mój adwersarz (profesor "belwederski"), konfidencjonalnie biorąc mnie za ramię, powiedział całkiem serio: "Panie Tomku! Jak Pan sądzi: jeśli Rektor otrzyma takie dwa pisma, to komu przyzna rację: mnie, profesorowi, czy Panu - doktorowi?" Charakterystyczne, że nikt z obecnych nie uznał za stosowne zareagować...

Wkrótce potem, na drzwiach mojego pokoju pojawiła się wizytówka, o treści takiej jak na początku strony tytułowej www. Interpretowana jest ona niekiedy jako oznaka pokornej uległości. Natomiast osoby twierdzące, że znają bliżej zgryźliwy charakter autora, zgoła temu zaprzeczają... Ponieważ dla wielu osób jest ona intrygująca, zatem opisuję anegdotyczne, ale mało zabawne okoliczności jej powstania.

Powyższa anegdota ma znacznie pogodniejszy ciąg dalszy. Studenci często automatycznie wpisują do indeksów: "dr hab." przed moim nazwiskiem. Z reguły przekreślałem ten drugi człon tytułu, aż wreszcie zirytowałem się i dopisałem ręcznie: "dr niehab.". Po kilku dniach, w jednym z kolejnych indeksów zauważyłem wpis: "dr niehab.". No, coż! Ta Studentka zupełnie mnie rozbroiła...

Ze studencką tytułomanią łączy się kolejna anegdota. Któregoś dnia odebrałem w pracy telefon od Studentki. Słuchałem jej przez dobrą minutę, ale zupełnie nie mogłem zrozumieć o co chodzi, ponieważ w kółko powtarzała się deklinacja: "Panie Doktorze..., czy Pan Doktor..., gdyby Panu Doktorowi...". Wreszcie zirytowany przerwałem: "proszę Pani! Jeśli ktoś tak ciągle powtarza: Panie Doktorze, Panie Doktorze, Panie Doktorze!, to moją pierwszą reakcją jest: "co Pani dolega?" a następnie: "proszę się rozebrać!". Dalszego ciągu rozmowy nie było...

Nie do końca rozumiem tamtą reakcję... Przecież mnie nie ma się co wstydzić; jestem w końcu doktorem... (I mam na to papiery!)

** No, to jeszcze jedna anegdota (aby ćwiczyć cnotę pokory). Na zajęciach rachunkowych z reguły panuje atmosfera ospałości i bierności. Ale któregoś razu audytorium z wielkim ożywieniem reagowało na tok mojego wywodu: żywe i głębokie spojrzenia, błysk zainteresowania w oczach... Niewątpliwe oznaki obecności Ducha Świętego! Kiedy po ćwiczeniach wróciłem do siebie do pokoju, wyjaśniła się prozaiczna przyczyna ożywienia: miałem niedopięte spodnie... Od tej pory, kiedy tylko słuchacze reagują na zajęciach zbyt żywo, odruchowo nieznacznie sprawdzam dłonią, czy aby wszystko jest w porządku! Niezależnie od tego, coraz rzadziej mam okazję dostrzegać symptomy obecności Ducha Świętego na uczelni. I nie tylko tam. 

Trudno! jeszcze jedna: 

Siedzi zajączek i coś sobie pisze. Podchodzi wilk:
- Zajączku, co piszesz?
- Doktorat o wyższości zajączków nad wilkami...
- Ja ci tu zaraz!
I pogonił za zającem w krzaki. Zakotłowało się i wychodzi utykający i potargany wilk. Za nim wielkie, złe niedźwiedzisko:
- Trzeba się było zapytać, kto jest promotorem!

**

Tomasz Pluciński
tomek@chem.univ.gda.pl

F strona główna