KAJAK: OBRA od WOLSZTYNA do (prawie...) SKWIERZYNY  6-12 sierpnia 2011

 

 

Pomimo coraz bardziej dokuczliwych cech zgryźliwego mego charakteru, przyjaciele zaproponowali kajak na lato. Kiedyś byliśmy na Narwi, teraz wybór padł na środkową Obrę w Wielkopolsce.

Zielonogórski pociąg dość zatłoczony; po drodze awantury z chamskimi palaczami-piwoszami. W Zbąszyniu mamy przesiadkę na lokalny pociąg do Wolsztyna.

 

 

W upale wydostajemy się ze składakami i robimy rekonesans jak dostać się do pobliskiego jeziora Berzyńskiego. Pierwsze wrażenie smętne: brudno w terenie, woda tudzież takaż… Romek z Teresą idą na mszę, a ja biegnę do parowozowni: toć to Wolsztyn, ostatnia czynna kursowa parowozownia w Europie! Akurat z Leszna z przytupem przybiega z rozwianym włosem i błyszczącymi oczami zdyszana Piękna Helena. Co za pierś!

 

 

 

 

 

http://www.youtube.com/watch?v=9wXD7WEyp08&feature=related

http://www.youtube.com/watch?v=tMJzt2BFx4w&feature=related film z dzieciństwa

http://www.youtube.com/watch?v=1sKhyThBKSQ&feature=related pod moim domem

 

Wraz z trójką Amerykanów którzy chyba specjalnie przyjechali zza oceanu, podglądamy przedwieczorne obrządki: karmienie, pojenie, mycie i drobną toaletę Damy i jej udanie się na nocny spoczynek. Miłych snów - i do tradycyjnego zjazdu rodzinnego 1 maja. Adoratorzy-podglądacze… A ręce to ledwie trzymają przy sobie.

 

 

 

Pod wieczór kajaki są złożone (nadspodziewanie niewiele dziur ujawniło się po wodowaniu), przepływamy jezioro (brudne), i za wypływem i za pasem trzcinowisk znajdujemy niezłe miejsce na ognisko i biwak, na zastawce z mostem. Niestety, brudna woda podsmierdywajet czut’-czut’. Rzeczywiście: czuć, czuć. Stopniowo w miarę płynięcia stan czystości wody się polepszał. Pod koniec używałem jej do gotowania. Rano zarastającym trzcinami kanałem Dojca 2 km do połączenia się z Północnym Kanałem Obry. Tu robi się szerzej; mam tylko obawy czy z powodu braku wody niżej nie będzie czekał nas kilkukilometrowy przewóz.

 

 

 

 

 

Na razie po prawej malowniczo położony klasztor w Obrze. Idziemy do barokowego kościoła, akurat jest msza. Kanał jest dziełem cystersów sprzed lat. Dalszy ciąg Pn. Kanału Obry jest niezbyt urozmaicony; co kilka kilometrów jazy – prawie zawsze są uchylone na tyle, że daje się bez wielkich problemów przeprawić kajak. Podobne jak na Narwi. Na razie z miejscami biwakowymi bardzo kiepsko, a i pogoda marna. Za Kopanicą miejsc biwakowych ciągle brak. Naiwnie wyczekujemy na jezioro: pierwsze jest wśród bagnisk, i zarośla trzcinowe uniemożliwiają wjazd. Drugie ma także brzegi zarośnięte trzciną jak okiem sięgnąć. Romek z właściwą sobie kurtuazją zagaduje każdego wędkarza i udziela wskazówek na miejscu. Ja śmieję się w kułak, ale wędkarze z reguły reagują pozytywnie na filozoficznie lub demograficznie zabarwione dygresje. Tym razem dyplomacja się także opłaciła, bo kolejny rybiarz podpowiada nam jedno z nielicznych, a zupełnie niezłych miejsc na biwak na tym jeziorze, na lewym przesmyku z jez. Wielkowiejskiego.

 

 

Pod koniec jeziora i dalej za wypływem, ładne miejsca z licznymi daczami. W Nw. Wsi Zbąskiej robimy zakupy; na popas rozkładamy się na pomoście prywatnej działki daczy. Słońce daje rozkosz nie tylko nam, ale i kilku dorodnym zaskrońcom w pobliżu. Nagły deszcz przeczekujemy na ganku daczy.

 

 

 

 

 

Wraz z tężejącym wiatrem wpływamy na lejkowate początkowo, największe w regionie jez. Zbąszyńskie. Rośnie niebezpiecznie fala, z silnym wiatrem prawie z tyłu płyniemy do ujścia. Ale kilkaset ostatnich metrów z bocznym wiatrem do samego wypływu było ryzykowne. Wraz z początkiem deszczu dopływamy do opuszczonej wielkiej wiaty wodnej z resztami świetności w postaci niszczejącego sprzętu rybackiego jakiegoś PGRyb. Tu przenoska na jazie, wśród wielkich topoli kręto do Zbąszynia.

 

 

 

 

Te krzesła to surrealistyczny widoczek jak u Salvadore Dali lub Felliniego. Częstsze są wygodne siedziska lub wręcz fotele samochodowe zainstalowane przez "rybich sportowców" na stałe na brzegu.

 

 

 

 

 

 

 

 

Dalej Obra płynie bagniskami; tu spotyka się zarośla nenufarów; wiata agroturystyczna. Kilometr za Strzyżewem na prawym łąkowym brzegu znajdujemy dobre miejsce na biwak. Wiatr robi się tak potężny, że muszę ratować namiot przed połamaniem chowając go za zagajnikiem. Przelatujące chmury dają wyjątkowo piękny obraz nieba. Następnego dnia rano 100 m dalej tuż przy wodzie kilka stolików z ławkami. Będziemy tu biwakować za tydzień podczas innej wycieczki. W nocy wiatr nawiał sporo śmiecia wodnego i kilkaset metrów dalej natykamy się na beznadziejny zawał zielska długości 50 m. Jest miękki ale tak zbity, że nie ma mowy o przebiciu się; przenoska brzegiem także paskudna. Na szczęście równolegle jest przesmyk wodny nieco mniej paskudny; z niego 200 m dalej łatwa przenoska 5 metrów, na rzekę.

 

 

 

W rejonie na N od Lutola Mokrego roboty drogowe przy autostradzie. Przed Trzcielem mniej ciekawy bieg; miejsc biwakowych brak. Spotkanie z dziwacznym ptaszyskiem; ślepowronem. Na całym szlaku bardzo licznie spotyka się czaple. Do Trzciela dopływamy wraz z granatowiejącym niebem. Akurat podczas zakupów lunęło potężnie i podlało mi kajak.

 

 

W Trzcielu interesująca zabudowa miasteczka. Niemcy musieli mieć spore kłopoty z wymową nazwy miasta, bo stworzyli bardziej swojskie brzmienie: Tirschtiegel. Za Trzcielem płyniemy obok dużych stawów rybnych; na rzece uciążliwy zator. Jeziora Wielkie i Rybojady urzekły mnie zalesionymi brzegami i ciszą bezludzia - brak osiedli. Po lewej minęliśmy coś jak wiata do obserwacji; może być to interesujące miejsce na biwak. Jezioro jest początkiem długiego dalszego ciągu jezior na NE, podobno najbardziej malowniczego szlaku bocznego. My wypływamy za Rybojadami i po 2 km znajdujemy biwak pomiędzy rzeką a bliską tu szosą. Jest zupełnie niezły pomimo ruchu samochodowego 200 m od nas.

 

 

 

 

Za Polickiem nudny dość szlak wpływa w odcinek przełomowy, umiarkowanie trudny i niezbyt uciążliwy. Jest kręto, w pewnym momencie miejsce podobne nieco do Krzywego Koła na Wdzie. Od Żółwina bardziej malowniczo; brzegi porośnięte biało kwitnącym pnączem o wspaniałym zapachu. Gdy rzeka wypływa z lasów, po lewej pole biwakowe przy opustoszałym ośrodku wypoczynkowym jakieś 3 km przed Międzyrzeczem.

 

 

 

 

Do Międzyrzecza dopływamy wraz z początkiem deszczu; przeczekujemy go pod mostem. Ratusz, kościół, zrekonstruowana twierdza, ładny park. Za Międzyrzeczem kolejna wiata agroturystyczna. Po minięciu mostu nieczynnej kolei (Św. Wojciech) zaczyna się długi kręty odcinek o sporej uciążliwości z powodu licznych zwalonych drzew. Tu Romek wykazuje się swoją kajakową wieloletnią rutyną; bezbłędnie wybiera optymalne miejsca pokonania licznych przeszkód. Oddaję mu prowadzenie. Uciążliwości stają się nieco upierdliwe, i z nadzieją czekamy na Gorzycę licząc, że będzie to ich koniec.

 

 

 

 

 

W Gorzycy duże pola biwakowe z atrakcjami dla samochodziarzy. Napotkani nad rzeką ludzie mówią o dość licznych spływach; my jednak napotkaliśmy na całym szlaku tylko jeden kajak. I prawdopodobnie tu właśnie jest miejsce zakończenia typowych masowych spływów. Za Gorzycą Obra wpływa w dzikie, bezludne, zalesione okolice; uciążliwości stają się znacznie większe. Teraz - tylko aby jakoś dopłynąć do początku rozszerzenia cofki od jez. Bledzewskiego. Koło mostku decydujemy się na biwak. Mostek przedwojenny, przed paru laty odremontowany tak dyletancko, że postawiono zakaz przepłynięcia przez przepust rurowy zagrażający zawaleniem. I ktoś postawił ironiczną tablicę: „przed wojną most Wilhelma, po wojnie Bieruta. Teraz przepust rurowy pomysłu jakiegoś Fiuta”. Rzeczywiście: przeprawa ryzykowna.

 

 

 

Kilkaset metrów za mostkiem zaczyna się rozszerzenie długiej cofki. Boże, jak ja nie lubię szarpania się ze zwalonymi drzewami… Kręte jezioro zalewowe Bledzewskie jest zalesione i ma sporo ładnych miejsc na biwaki. Dopływamy do elektrowni, przenoska ok. 200m. Poniżej elektrowni woda brudna, a poziom opada. Okazuje się, że trwają prace remontowe i elektrownia prawie nie pracuje. Niski poziom odsłania potężne ławice czarnych omułków.

 

 

 

Płycizny bardzo utrudniają płynięcie; ostre dno zaczyna być niebezpieczne dla dna kajaka. Zaczynają się bardzo paskudne zwały drzew i gałęzi. A to dopiero początek problemów, bo jak okiem sięgnąć – wykroty przed nami.

 

 

 

Według GPS do Skwierzyny mamy 8 km w prostej linii, a według przewodnika ok. 20… Tak męczyć się jeszcze ze 2-3 dni, w mrocznych chaszczach brudnej wody spuszczanej skąpo z elektrowni, z kiepskimi widokami na miejsca biwakowe? Tylko dlatego aby powiedzieć, że jednak dopłynęliśmy do Skwierzyny? Proponuję tutaj zakończyć. Teresa nie chciała uwierzyć, że mówię serio, ale wyczuwam u niej ulgę i poparcie. Ambicja kajakowa Romka ucierpiała znacznie, ale pogodził się z małodusznością większości. W pobliskim domku dogadujemy się z właścicielem terenowego samochodu, i rano zabieramy się w stronę Skwierzyny do pociągu. Trwają remonty kolei, więc będzie zastępczy autobus. Niezliczone pakunki sprawnie lądują w bagażniku, i po dłuższej zygzakowej jeździe przez Międzyrzecz, wysiadamy przed dużym dworcem w Zbąszynku. Przed północą jesteśmy w domu.

 

 

moja rowerowa wycieczka po okolicy (nieudana, bo z powodu koszmarnych upałów wróciłem do domu (ściślej: na Kardiologię...)

http://www.tomek.strony.ug.edu.pl/opisy/czerwiensk.htm

szlak Obry doczekał się uroczystego otwarcia http://www.wolsztyn.pl/news.php?g=3300 Wyjątkowo niekonsekwentnie powiedziano, że szlak jest łatwy ale niełatwy. Trudno uznać, że jest to szlak przygotowany...
    

nowy adres:  tomasz.plucinski@ug.edu.pl

F strona z indeksem opisów turystycznych
F strona główna