TURYSTYCZNE SPOSOBY

**ostatnia aktualizacja 13.08.2013  **

życiowa minimalizacja
Przywiązywanie nadmiernej wagi do tzw. “wynalazków” technicznych przybiera czasem formy wręcz anegdotyczne. Przykładem niech będzie opisywany przez Stanisława Zielińskiego (“W stronę Pysznej”) wynalazek mający ułatwić ratowanie narciarzy zasypanych przez lawinę. Narciarz powinien jeździć mając pod czapką żywego kanarka (!) uwiązanego na długim cienkim czerwonym sznurku, za łapkę, do szyi narciarza. Podczas lawiny podmuch zrywa czapkę, a uwolniony kanarek fruwa nad głową zasypanego, wskazując miejsce wypadku dzięki swej jaskrawej barwie i upodobaniu do głośnego śpiewu.

Mam nadzieję, że opisane niżej rozwiązania nie doczekają się podobnej oceny! Przeznaczone są głównie dla osób nie chcących obarczać się bagażem, który jest uzasadniony przy turystowaniu w większej grupie. Przy przygotowaniach warto kierować się genialną zasadą podaną przez Autora “Trzech Panów w łódce (nie licząc psa)”. Nie należy więc zabierać żadnej rzeczy, która “może się przydać”, a trzeba brać tylko to, bez czego nie sposób się obejść. Ciężki plecak zabija radość życia...

Cały mój niezbędny ekwipunek (zarówno na 2-3 dni, jak i 3 tygodnie) mieści się w jednej sakwie rowerowej (z drugiej strony bagażnika jedzie pies...), oraz na tylnym bagażniku (śpiwór, karimata).

Taka minimalizacja potrzeb z reguły nie jest rozumiana przez otoczenie. Jeden ze znajomych zabrał kiedyś na spływ kajakowy komplet czterech solidnych kubków porcelanowych dla dwóch osób, inny zabierał po trzy ręczniki: do twarzy, do nóg oraz "do reszty", Że nie wypomnę owych deseczek do krajania chleba, maszynek do otwierania konserw; inny zaś na wycieczkę rowerową zabierał obowiązkowo spore imadełko oraz dwie szczotki druciane. Może to ich sprawa, ale np. na rowerze taki towarzysz staje się po prostu nieruchliwy, ciągle oponuje przed jakimikolwiek zmianami, a codzienne składanie owych niezliczonych rzeczy trwa godzinami. A to już przestaje być dla mnie tak zupełnie obojętne.

Ponieważ przygotowania najczęściej prowadzone są “na ostatnią chwilę”, gorąco polecam przechowywanie w domu zarówno większego sprzętu turystycznego, jak i drobnych utensyliów - w jednym większym pojemniku. Wynalazki są skuteczne tylko wtedy, gdy się ich używa... Wiele lat temu podarowałem zaprzyjaźnionym turystom kilka grzejników benzynowych do rąk (opis nieco niżej). Po ok. 15 latach zrobiłem test: okazało się, że tylko jeden z nich użył takiego urządzenia, i to tylko raz... Reszta albo nie miała pod ręką benzyny, albo urządzenie gdzieś się zawieruszyło, albo wreszcie przypominali sobie o posiadaniu grzałki w domu dopiero wtedy, gdy już porządnie zmarzli w stopy.

mania: naj...
Większość moich znajomych uważa za punkt honoru sprawienie sobie najcieplejszego śpiwora, największej pompki rowerowej, roweru o największej liczbie biegów, najmocniej świecącej latarki, największego plecaka itd. W rzeczywistości taki ciepły śpiwór wcale w typowych warunkach nie jest im potrzebny; i tak biwakują oni w terenie tylko w lecie (i to najwyżej 3-4 noce w roku). Mania posiadania roweru mającego "48 biegów" jest cechą raczej małych chłopców, podobnie jak latarka która "ściąga" z odległości kilometra... W rzeczywistości rower taki w niczym nie różni się funkcjonalnie od tego, który ma trzy tarcze z przodu i pięć z tyłu. Taki doskonały sprzęt albo zajmuje dużo miejsca, albo sporo waży, a na pewno dużo kosztuje. Zniechęca to tylko do wyjechania z domu. Argument, że: "to przecież tak niewielka różnica wagi" jest nie do przyjęcia. O każdym przedmiocie można powiedzieć dokładnie to samo, i w rezultacie bagaż rośnie do rozmiarów skutecznie zatruwających radość życia i zniechęca do uprawiania turystyki. Ja sprawiłem sobie śpiwór mający tylko 350 g puchu, który po ściśnięciu zajmuje ok. 1,5 litra; wraz z aluminizowaną folią da się w nim spać poza namiotem do temperatury 0 stopni. Do roweru używam miniaturowej pompki długości 20 cm, którą mogę zmieścić w kieszeni. Plecak jest kupiony z myślą, aby czasem nie był zbyt duży; znam dobrze naturalną skłonność pakowania "do końca" - niezależnie od jego wielkości. Podczas rowerowych wyjazdów cały bagaż musi zmieścić się w jednej sakwie oraz na bagażniku - i to niezależnie od czasu trwania wycieczki.

biwak na dziko
Od dłuższego czasu zdecydowałem się na biwakowanie "w terenie". Daje to niepowtarzalnie bliski kontakt z przyrodą. Dziś dziwię się, dlaczego przez tak wiele lat decydowałem się na wieczorne nerwowe szukanie za wszelką cenę miejsca "pod dachem" np. w schronisku - tracąc to, co w gruncie rzeczy jest najwspanialsze: uczestniczenie w wieczornym misterium zapadania w ciszę...
Teraz moim udziałem podczas wycieczki jest wielki wewnętrzny spokój wynikający ze świadomości, że właściwie wszędzie mogę znaleźć dogodne miejsce do spania. O, właśnie pod tamtym drzewem jest górka porośnięta grubo mchem, z ładnym widokiem na leżące pięć metrów dalej jeziorko (grają już żaby, słońce zachodzi za las...). Do najbliższej wsi kilka kilometrów przez las. I żadnej drogi którą mogą podjechać samochodem podpici wędkarze z radiem... Lub w stogu siana na skraju łąki.

Ech! Tzw. Turyści, którzy już zimą musicie zarezerwować dla siebie miejsce w schronisku: nie wiecie, co tracicie przez tę małostkowość. A również Wy, którzy śpicie zawsze tylko w zamkniętym namiocie i uważacie, że to i tak prawie bohaterstwo! Nigdy nie zaznacie tego wrażenia gdy w środku nocy budzicie się na chwilę i widzicie tuż nad głową rozgwieżdżone „wytrzeszczone” niebo. I jesteście częścią przyrody, a nie jej intruzem. I czujecie na twarzy każdy powiew powietrza. Aby być sprawiedliwym: również niestety brzęczenie każdego komara.

Budząc się w nocy w namiocie, mam przykre uczucie izolacji od świata i jego nocnych odgłosów z zewnątrz; widzę wszędzie naokoło siebie jedynie płócienne otoczenie. Namiot stwarza tylko iluzję bezpieczeństwa, bo jeśli przyplącze się w nocy bandycki osobnik, to namiot nie będzie żadnym zabezpieczeniem. Jeżeli jednak śpię na wolnym powietrzu lub pod płachtą, częstym przebłyskom budzenia towarzyszy niezapomniane uczucie. Takiego widoku nie da się przecież zapomnieć:

Rano Wielki Inspicjent zmienia niespostrzeżenie inscenizację z kosmicznego niemal spokoju na makroskopowo-szczegółową: kątem oka widzę obok o 20 cm od twarzy, zielonego chrząszcza wspinającego się sześcioma łapkami na liść jagodziska.

A jeśli zmobilizuję się wcześniej, będę świadkiem inscenizacji dramatycznego Początku; widowiska które powtarzać się będzie codziennie. Ale dla każdego z nas tylko skończoną liczbę razy.

W. Ostrowski tak pisał: „noce te były zbyt piękne, bym mógł zasnąć natychmiast. Na niebie zapalały się gwiazdy, z początku nieśmiałe, nieliczne, a wkrótce wysypujące się jak z rogu obfitości. Coraz jaśniejsze, większe i niższe... Cisza... Rankiem otworzysz oczy nie zaspane i opuchłe, a ciekawe budzącego się dnia. Ale opisać tego niepodobna, niesposób, nie ma słów ”

Zapamiętam na zawsze widok niepokojącego wytrzeszczonego gwiazdami nieba tuż nad głową, w zimnym powietrzu nocnym, w Beskidach, podczas pierwszej mojej górskiej wycieczki ze sto lat temu.

Po takich wynurzeniach usłyszałem kiedyś, że mam poetycką duszę... No, bardzo nieładnie: jak tylko ktoś ma niepozorną posturę, to zaraz wyzywają go od poetów! Inny zasłużony propagator kajakarstwa słyszał przez lata nieprzerwany monolog-biadolenie rodziny: "pococitopływanie, zobaczyszżezłapiesztylkoreumatyzm, przecieżmaszjużsześćdziesiątkę, posiedziałbyśsobieunaszwnukamiwogrodzie, utopiszsięwkońcuwtejwodzie, przyjedźlepiejnaurlopdonas, pococitekajaki". Wreszcie wpadł na pomysł: "mają za to dawać dodatek do emerytury". I natychmiast biadolenie się skończyło: "a, to co innego; pływaj sobie, pływaj..."

Bez trudu możecie pozbawić się tych wrażeń: wystarczy spać w szczelnym i dusznym namiocie, a jeszcze lepiej - w zarezerwowanym pół roku wcześniej schronisku.

Bodaj najpiękniejszą noc spędziłem na szczycie najpiękniejszego z naszych dolnośląskich wulkanów: F Ostrzycy Proboszczowickiej. Ech, ten Dolny Śląsk!

Ponieważ moje obyczaje biwakowe dla przeciętnych ludzi mogą być nieco dziwne, a u przypadkowo napotkanych w terenie młodych ludzi każde takie odstępstwo budzi nieprzepartą agresywność, zatem najbezpieczniej czuję się z dala od ludzi. W szczególności unikać należy malowniczych miejsc nad rzeką lub w ruinach pałacowych w odległości do 2 km od zabudowań. Takie punkty stają się dla miejscowej naszej młodzieży swego rodzaju "wieczornym corso". Niestety, z reguły miejscem mało sympatycznym: alkohol, głośne wyzwiska, agresywna wrogość do każdego obcego (to taka bardzo polska specyfika, zupełnie nie zauważyłem tego np. w Turcji, a nawet w pobliskich Czechach. Jakieś potężne kompleksy i ksenofobia?)...

Przy wyborze miejsca warto pamiętać, że w bezwietrzną pogodę miejsca na obniżonym skraju łąki robią się w nocy bardzo chłodne i wilgotne, natomiast wystarczy przenieść się 5 m dalej w las, aby odczuć zdecydowaną różnicę. Również nocleg na piasku plaży z reguły jest wilgotny. Polecam bardzo staranne obranie z szyszek i patyków wybranego miejsca; inaczej przypomni się znana bajka Andersena o Księżniczce...

Jeśli możliwy jest deszcz w nocy, warto raczej spać na niewielkim wzniesieniu, niż w przytulnym dołku. Do dobrych wieczornych obyczajów należy "nocny klar": pochowanie wszystkich rzeczy i zapięcie bagaży tak, aby nie zostały zalane przez deszcz, bo w nocy bardzo nie chce się wstawać, a po ciemku nic znaleźć nie można. Przed biwakiem w sianie, koniecznie zawartość kieszeni przenieść do zamykanego woreczka, inaczej docenimy trafność porzekadła: "szukać igły w stogu siana".

Jeśli turystuje się częściej w określonym rejonie, dobrze jest pozaznaczać na mapie (pamięć jest zawodna) większe zadaszone wiaty na leśnych parkingach, samotne domki letniskowe z zadaszonymi werandami, a nawet większe paśniki dla jeleni. Jeśli zaskoczy was w terenie zbliżający się deszcz, będziecie wiedzieć gdzie można się schronić. Od stosunkowo niedawna zacząłem biwakować wysoko w Tatrach, w kolebach. Proponuję, aby stworzyć spis koleb tatrzańskich dla ew. chętnych do takiego sposobu turystowania. Jeśli znacie podobne miejsca, uzupełnijcie ich spis (patrz dalej: GPS)... Pytano mnie kiedyś o miejsca szczególnie piękne, w których biwakuję często na Pomorzu. Tego jednak nie opublikuję, bo wcale nie chcę, aby były one często odwiedzane. I tak już wyrzucają mi, że opisałem dokładnie Wdę: a wcale nie zależało mi na tym, aby zachęcić do masowego jej nawiedzania.

Biwakuję często przypadkowo gdzieś pod drzewem, pod wiatą, w paśniku, lub wręcz na werandzie niezamieszkałego domku letniskowego, na wieży widokowej, w kolebie w górach, niezłe awaryjnie w deszcz bywają miejsca pod mostami... Ponieważ ciągle pojawiają się takie pytania, więc może po prostu galeria kilku takich miejsc... Pamiętajcie, że wiaty bywają prowizoryczne, dach często mniej lub więcej przecieka, a porywisty wiatr zacina deszczem do środka; tak więc zawsze nieodzowna jest cienka ale duża folia plastikowa! I jeszcze jedno zastrzeżenie: spanie na ziemi pod paśnikami może być ryzykowne. Są to miejsca, w których mogą pozostać ślady po chorych lub zakażonych zwierzętach. Tak kiedyś Mucha złapała piorunująco działającego gronkowca złocistego; z ledwością uratowałem wtedy psa od śmierci.

 

Czasem moi rozmówcy nie ukrywają dezaprobaty dla takiego biedowania i „włóczęgostwa”. Odczuwałem nawet jakby ślad wstydu - aż mnie olśniło! A Jezus Chrystus? Przecież też mieszkał w stajence (bez zameldowania w najbliższym leśnictwie)! Dlaczego więc ja miałbym się wstydzić spania w F paśniku dla jeleni? No i tak zatkałem moich zgorszonych rozmówców...

Typowym kontrargumentem jest owo: "za zimno!". Czasem podejrzewam, że moi rozmówcy kpią sobie ze mnie: przecież ja nie namawiam nikogo do spania nago na wolnym powietrzu! Jest oczywiste, że zabiera się śpiwór; a jeśli wejdzie się odpowiednio ubranym, wraz z głową do śpiwora - to przecież nie może być zimno! Nawet wiosną. Taka wymówka jest więc raczej kpiną.

służby specjalne...
Przy opisanym sposobie biwakowania wcześniej czy później zetkniemy się z panami w „czapce z daszkiem”... I specjalnie nie dziwię się, że dążą oni do wtłoczenia na noc ludzi w terenie - w getta wyznaczonych pól namiotowych. Bo obyczaje dzikich turystów bywają straszne: obowiązkowo spici, palący wielkie ogniska, ryczący po pijacku jakiś bełkot, pozostawiających sterty śmieci, potłuczonych butelek, rozjeżdżony oponami las... To właśnie ich zachowanie powoduje coraz większe restrykcje! Traktujmy więc ich, jak naszych wspólnych wrogów. W każdym razie ja na miejscu leśników nie byłbym chyba tak liberalny.

A więc po pierwsze: reakcja służb leśnych zależy bardzo od tego, co zastają na miejscu biwaku. Jeśli nie chcecie od razu nastawiać ich wrogo, to starajcie się nie biwakować w dużych grupach, na terenie rezerwatów, z samochodami; raczej nie paląc ognisk, nie rycząc wieczorem, w środku lata w najbardziej zatłoczonych regionach. Ja staram się nie zostawiać na noc porozrzucanych rzeczy i śmieci. Jeśli już dojdzie do spotkania, powinno się przekonać rozmówców, że akurat w tym przypadku mają do czynienia z miłośnikami lasu i interwencja jest zupełnie nie na miejscu. Przypominam sobie, że kiedyś w moim ogródku zobaczyłem siedzących na ławce trójkę obcych ludzi z ulicy. Zirytowany podszedłem w pierwszej chwili aby ich po prostu wyprosić. Ale ci nieproszeni goście okazali się nadspodziewanie sympatyczni, tak więc przysiadłem się do nich na dłuższą rozmowę. Niewielka grupa 2-3 osób, brak samochodu, brak śladów ogniska, brak śladów dewastacji, śmieci, wykazanie w rozmowie, że sprawy lasu oraz historia okolicy są wam znane - pomogą w tym wrażeniu. Odbitka starej przedwojennej mapy WIG w ręku również jest tu pomocna. Jeśli dodatkowo zobaczą oni, że zebraliście śmiecie z całej okolicy w foliowym worku, przeznaczone do zabrania ze sobą - to macie za sobą silny argument emocjonalny (nie zostawiajcie jednak tego worka po zakończeniu dyskusji). Ja na pół żartem mówię wtedy, że sam sobie wyznaczam pokutę w postaci owego zbierania śmieci. W każdym razie moje spotkania kończyły się najczęściej swobodną rozmową, w której uzyskiwałem sporo informacji krajoznawczych. Nieco lepsza jest sytuacja podczas biwakowania z kajakami. Istniał kiedyś (?) przepis, że:

„Osoby przybywające na tereny leśne drogami wodnymi mogą biwakować w pobliżu wód wyłącznie na obszarach obozowisk turystycznych, wyznaczonych w pobliżu tych wód. W wypadkach uzasadnionych szczególnymi okolicznościami osoby te mogą biwakować w innych miejscach nad brzegami wód, przez okres nie przekraczający dwóch dni, z prawem korzystania z kuchenek turystycznych z zachowaniem największych ostrożności”.

Przepis cytowany jest w Przewodniku Wrześniowskiego i Sperskiego: Kajakiem po wodach Pomorza Zachodniego: Zarządzenie nr 7 Ministra Leśnictwa i Przemysłu Drzewnego z dnia 24.1.1966. Kiepski to argument, ale można i do niego sięgnąć, a z uzasadnieniem owych szczególnych okoliczności nie powinno być na spływie kajakowym większych kłopotów. Bo w uszkodzonym kajaku, w przemokniętych rzeczach rzeczywiście trudno w nieskończoność płynąć w poszukiwaniu wyznaczonego miejsca (i dobrze, że tych miejsc jest tak niewiele!).

Jeśli pomimo wszystko trudno było mi się dogadać, wręczałem wizytówkę z adresem strony www i prośbą, żeby przed wypisaniem mi wezwania karnego, dokładnie przeczytać jej część krajoznawczą i dopiero wtedy zdecydować, czy rzeczywiście jestem osobą, którą należy tak bezwzględnie ścigać. Zawsze zresztą ostatecznie dochodziło do porozumienia.

A nawiasem mówiąc: doceńmy to, że nasze polskie lasy są naprawdę o wiele bardziej otwarte i dostępne, niż np. w Europie Zachodniej. I niech wasze zachowanie nie będzie argumentem na rzecz ograniczania tej swobody. Nie ma się co tak bardzo do takiej Europy spieszyć: kraj pocięty szachownicą autostrad, prywatne lasy i posesje z zakazami wstępu... Darzę nawet pewną sympatią Pana Ministra Marka Pola za to, że nie dotrzymał żadnej obietnicy budowy autostrad w Polsce...

Aby zakończyć rozważania, przypominam jednak, że mam w jednej sprawie z leśnikami na pieńku: za bezczynność w obliczu szkód wyrządzanych przez bobry. Jest to skandal, że leśnicy przez wiele lat bezczynnie patrzyli, jak rozmnażające się nadmiernie bobry na pomorskich rzekach, stały się niemal plagą i ścięły już prawie połowę pomnikowych dębów rosnących nad brzegiem Wdy! Dopiero teraz zaczyna się akcja chronienia (zresztą wyjątkowo nieudolnego) pozostałych nielicznych drzew. Sprawą niedopełnienia obowiązków leśników dawno powinna zająć się prokuratura. Kiedyś Jalu Kurek pisał o „zachłyśnięciu się” góralszczyzną: „ciupaga pomieszała wielu ludziom w głowach”. Zdaje się, że również ogon bobra pomieszał w głowach wielu ochroniarzy przyrody, bo nie pozwalają nawet używać określenia „szkody” - w odniesieniu do bobrów! Nie postuluję odstrzału tych zwierząt, ale w obliczu wielkiego wzrostu populacji, trzeba było po pierwsze już dawno chronić zabytkowe drzewa, a po drugie: uderzyć się w piersi i przyznać do popełnienia błędów w przygotowaniu i przeprowadzeniu introdukcji bobrów (aż nazbyt udanej), po trzecie - zrezygnować z przesadnych przepisów ochronnych. Do dziś jednak wiele szlaków wodnych jest zamkniętych (przynajmniej formalnie) dla kajakowania, jako ostoja bobra: chociażby odcinek Zbrzycy oraz spory kawał Pasłęki. Bobry przestały zresztą być płochliwe: jeśli dawniej widok bobra w ciągu dnia był prawdziwą rzadkością, to teraz spotykam je w dzień zupełnie często. A jeśli byłyby płochliwe, to byłoby to tylko z korzyścią dla ochrony przyrody.

nigdy po ciemku
Jednym z głupszych zwyczajów turystycznych jest marudztwo poranne i zwlekanie ze znalezieniem miejsca na noc aż do zmierzchu. Trzeba przyjąć zasadę, że każde miejsce biwakowe wyszukane po ciemku - będzie złe (jeśli w ogóle się je znajdzie). Pomyłkę docenimy w pełni podczas nocnego deszczu lub dopiero rano. Zdarzało mi się wielokrotnie po ciemku rozkładać w miejscu tak paskudnym, że rano nie mogłem się nadziwić, że wystarczyło przesunąć się o 100 m dalej, aby spędzić noc w zupełnie bajkowym otoczeniu. Można sobie na nocne rozbijanie pozwolić jedynie wtedy, gdy zdążamy do miejsca dobrze poprzednio znanego i łatwego do odszukania.

deszcz...
Przy opisie płachty zastępującej namiot wspominam, że dobra jest ona zaledwie na kilka godzin deszczowej niepogody. W ogóle niepogoda jest najostrzejszym probierzem turystycznym: zarówno technicznym, jak i psychicznym. Jeszcze bardziej bezwzględny jest on w górach; tam ceną może być życie. Im większe oddalenie od cywilizacji i trudniejszy odwrót, tym zabezpieczenie powinno być więc solidniejsze. Cienki jednorazowy foliowy płaszcz przeciwdeszczowy przydatny na dwugodzinny wypad do lasu na grzyby, zupełnie zawodzi na kajaku lub w górach (konieczność wykonywania intensywnych ruchów). W szczególnie trudnych warunkach średnio cienki ceratowy komplet może nie wystarczyć i trzeba zabrać ze sobą ceratowy wzmocniony tkaniną. Jest dość ciężki i trzeba tę konieczność ocenić samemu. Tu dodam tylko, że podczas silnego wiatru (np. wysoko w górach), płaszcz daje doskonałe zabezpieczenie cieplne. Doraźnym środkiem przeciw wiatrowi, doskonale znanym rowerzystom, jest włożenie pod sweter kilku rozłożonych gazet.

Ja poprosiłem o uszycie spodni z impregnowanego cienkiego ortalionu namiotowego (z gumką, bez kieszeni i rozporka). Są niezmiernie przydatne, bo zupełnie nie przepuszczają wody (ani pary - trudno!), a po złożeniu mieszczą się w dłoni. Często zdarza się, że w lecie na niżu w ogóle nie zabieram wtedy długich spodni. Zagadki nieprzemakalnych butów nie mogę jednak zrozumieć. Czasem wydaje mi się, że umiejętność zrobienia dobrych butów zginęła podczas którejś z wojen światowych...  Od bardzo wielu lat nie udało mi się takich kupić. Być może są dostępne, ale trudno mi przeznaczyć na to równowartość mojej miesięcznej pensji. Pogodziłem się więc z tym, że po deszczu trwającym dłużej niż godzinę - w butach mokro być musi i już. Ochronę nogawek spodni od kolan w dół po marszu przez trawiastą łąkę, stanowią ochraniacze ortalionowe przymocowane „rzepem”. Doraźnie i zastępczo spełniają tę rolę dwa worki foliowe nałożone i przypięte agrafkami do nogawek (agrafki są jednym z podstawowych drobiazgów turystycznych).

Szczególnie istotne jest rozwiązanie problemu niepogody na spływie kajakowym. Ja przyjąłem zasadę, że jeśli tylko to możliwe, podczas deszczu nie płynę i nie jadę rowerem (a w każdym razie nie rozpoczynam trasy). Pozostawiam to harcerzom i sportowcom... Nagminna jest także niecierpliwość. Często widzi się wędrowca, który przez godzinę szczęśliwie przeczekuje w zacisznym miejscu ulewę, a nie czeka dodatkowo 10 minut na całkowite wypogodzenie. Niewinnie wyglądające resztki deszczu powodują wkrótce doszczętne przemoczenie takiego nerwusa. Od wielu lat nanoszę na mapę mijane w często odwiedzanym przeze mnie terenie miejsca, mogące być ochroną przed deszczem: turystyczne wiaty w lesie (z upodobaniem niszczone przez rozwydrzonych podpitych podrostków-przygłupków; to taka nasza miła polska cecha! Nigdy nie widziałem tego np. w Czechach), większe  F paśniki dla jeleni, pojedynczo stojące opuszczone stodółki i szopy, a w Tatrach - co większe koleby skalne.

Załamanie pogody jest najbardziej destrukcyjnym psychicznie i organizacyjnie czynnikiem. Już trzeciego dnia deszczu w schronisku (drugiego dnia deszczu pod namiotem lub po kilku godzinach spędzonych pod płachtą ortalionową), pojawiają się mgliste wizje fotela w domu, z filiżanką kawy pod ręką (lub butelką piwa), ciastkiem z kremem, i książką w ręku... (w takim stanie nawet polska telewizja publiczna nie budzi zwykłego i jakże naturalnego odruchu wstrętu). Obecność towarzysza wędrówki może tylko pozornie być psychicznym wsparciem; często to ich chwiejność jest dodatkowym obciążeniem. Po wielu latach ja już to w pewnym stopniu opanowałem przez uświadomienie sobie, że gdybym wrócił do domu, to będę bardzo niedługo żałował małoduszności. Nie znalazłem dotąd skutecznego sposobu na podniesienie ducha w moich współtowarzyszach w niedoli niepogody. Zabieram jednak ze sobą miniaturowe radio (chociażby po to, aby w niedzielny ranek posłuchać klasycznej muzyki w II programie PR). 

Deszcz jest probierzem również dla namiotu. Namioty jednopowłokowe mają z reguły dość porządnie impregnowaną tkaninę. Z czasem jednak szwankować zaczyna szczelność miejsc szycia. Co prawda są w handlu preparaty impregnujące w sprayu, ja jednak wolę robić to własnym sposobem parafiną. Do probówki wsypuję ok. 1/4 pojemności pokruszonej (możliwie twardej) parafiny ze świeczki i stapiam ją. Po lekkim ochłodzeniu, ostrożnie (z dala od płomienia) dolewam dwu - trzykrotną objętość rozpuszczalnika - heksanu (ostatecznie może być benzyna ekstrakcyjna). Ciepły wymieszany roztwór nanoszę na nici zakraplaczem lekarskim, w miejscach szwów - ze strony zewnętrznej namiotu. Aby zapobiec ostygnięciu i zakrzepnięciu, zapas roztworu dobrze jest w czasie zabiegu trzymać w szklance z ciepłą wodą. Po nasyceniu wszystkich szwów parafiną, miejsca te warto ogrzać suszarką do włosów i ew. nadmiar parafiny zetrzeć na ciepło papierem toaletowym. Jeśli użyto benzyny ekstrakcyjnej (mniej lotnej), to należy pozwolić wyschnąć 2-3 godziny. Doskonale można w ten sposób impregnować buty (muszą jednak być przedtem ogrzane np. nad kaloryferem). Ostrzegam przed palnością rozpuszczalników podczas pracy.  

Na zakończenie przytaczam dosyć typowy opis. Jest wieczór, pogoda gwałtownie się psuje. W ostatnim momencie rozstawiam po ciemku namiot na utwardzonym podłożu i z uczuciem ulgi zasypiam w środku nasłuchując odgłosów deszczu. Po dłuższej chwili budzi mnie jakieś dziwne uczucie chłodu w okolicy łokcia lub kolana. Dotknięcie ujawnia mokre ubranie. Skąd ta woda? W świetle latarki widać, że na podłodze namiotu są dwie powiększające się kałuże. Teraz mokry chłód czuję również na wysokości bioder: karimata jest podziurawiona i przecieka. Leje tak, że z namiotu nie da się wyjść. Powoli cierpnę w niewygodnej pozycji, a wody w namiocie jest tyle, że jeśli obrócę się na drugi bok, będę mokry z obu stron. A więc trzeba tak nieruchomo, podsiąkając powoli - dotrwać do rana. Trudno zasnąć; liczę w myśli mijające minuty, a z tych minut muszą powstać długie godziny do świtu. Mam dosyć czasu, aby przeanalizować wszystkie popełnione błędy...

Lub inny scenariusz: schowałem się przed deszczem do stodółki na siano. W nocy budzą mnie pojedyncze krople padające na nogi. Podkurczam je pod siebie, ale po chwili czuję kolejny przeciek w okolicach twarzy. Skręcam się w spiralę robiąc uniki z miejsc „ostrzału” kropel. O zaśnięciu mowy nie ma. I znowu liczenie niekończących się minut do świtu.

suszenie
Zazwyczaj nie ma możliwości wysuszenia przez noc mokrych butów gdzieś w pobliżu grzejnika. Starym sposobem jest pozostawienie na noc butów wypchanych suchymi gazetami (ew należy wypełnienie zmienić wieczorem na nowe. Mokre skarpety nieźle schną jeśli nasunąć je na plastikową butelkę z ciepłą wodą.

worek z moskitierą (“p.o. namiot” – dół)
Na krótkie wyjazdy z reguły nie zabieram ze sobą namiotu; zamiast tego używam dwuczęściowego: worka do spania oraz ew. płachty ortalionowej. Zdecydowanie podkreślam, że takie środki zastępcze dobre są na dwudniowe wypady; na dłuższą metę prowizorka zaczyna być uciążliwa. A po 2 dniach deszczu dyskomfort jest zbyt wielki.

Na dolną część worka użyć tkaninę z tworzywa sztucznego, z której robione są typowe torby handlarzy na targowiskach. Struktura tkaniny nieco przypomina materiał z którego szyte są podłogi namiotów. Materiał dostępny jest w sklepach z tkaninami przemysłowymi w postaci rękawa o szer. 60 cm. Odcinek rękawa o długości: ok. (wzrost + 50 cm), przeciąć wzdłuż (po rozcięciu będzie więc miał szerokość 120 cm), i do jego trzech brzegów doszyć płat tkaniny stanowiący moskitierę. W ostateczności użyć można materiału firankowego; ja zastosowałem z powodzeniem tzw. “agrotkaninę”. Jest to nadzwyczaj cienka przewiewna folia ze zgrzanych cienkich włókienek polipropylenowych, przypominająca strukturą chusteczkę higieniczną. Z takiego właśnie materiału sporządzana była pościel jednorazowa w kolejowych wagonach sypialnych. Otworki są tak małe, że stanowi ona doskonałą ochronę nie tylko przeciw komarom, ale i tzw. “meszkom” oraz piaskowi na plaży. Kolejną zaletą jest możliwość odizolowania się od dokuczliwych komarów, przy jednoczesnym przewiewie - co jest istotne w czasie upalnego letniego wieczoru.

Od strony głowy należy pozostawić wystający dłuższy fragment tkaniny, który po wejściu do worka zawija się po prostu pod część podłogową. Moskitiera nie może dotykać twarzy ponieważ nie jest to przyjemne, poza tym umożliwiałoby to ataki komarów poprzez siatkę. Nad głową, do moskitiery można przyszyć wąski pasek jakiejkolwiek tkaniny, do której przymocować (np. agrafką) dłuższy odcinek gumy kapeluszowej. Koniec gumy przywiązać np. do końca gałęzi; w ten sposób moskitiera zostaje podciągnięta do góry i nie dotyka do twarzy. Przy korzystaniu z dodatkowej płachty ortalionowej, gumę przymocować do żyłki nylonowej. Aby zapobiec dość łatwemu rozerwaniu tkaniny w nogach, można na końcu dać 20-cm szerokości wzmocnienie w postaci podwójnego pasa agrotkaniny. Podczas szycia takiego worka sądziłem, że jego żywotność nie będzie większa niż 3-4 krotne użycie. W prototypie przespałem jednak dotąd ponad 50 (!) nocy; jedynie w 3 miejscach wymagał niewielkiej naprawy. Waga worka: ok. 350 g, koszt: ok. 5 zł/mb za spód, ok. 1 zł/mb agrotkaniny (rok 2008).

“p.o. namiot” - góra
Przygotowania “na wszelki wypadek” trzeba zrobić jeszcze wieczorem. Tak to wygląda w terenie
(świt nad lobeliowym jez. Modrem pomiędzy Bytowem a Jasieniem)

Pomiędzy drzewkami (ew. krzakiem, kołkiem lub w ostateczności: ramą pochylonego roweru z zablokowanymi kołami) rozpiąć nieco ukośnie naciągniętą silnie żyłkę nylonową – na wysokości 25 cm (nogi) i ok. 75 cm (głowa). Żyłka powinna być gruba (odporna na uderzenia wiatru), długość nie więcej niż 3,5 m (dłuższa ma nieprzepartą skłonność do supłania się!), z jednej strony zakończona pętlą z rozpórką “R” (taką, jaką mają odciągi przy namiocie, najlepiej zrobić ją samemu z blachy, otworki na żyłkę powinny być wąskie, aby dobrze się zakleszczała), a z drugiej – haczykiem “H” z drutu. Warto mieć w zapasie, jako przedłużenie, dodatkowy 2m odcinek takiej samej żyłki – zakończonej z obu stron małymi (3-4 cm) pętelkami. UWAGA: napięta żyłka powinna być widoczna nawet w nocy; sami mieliśmy już bardzo niemiłe przygody z mało widocznymi rozpiętymi drutami-pastuchami i.t.p.!

Płachta wykonana jest z najcieńszego ortalionu namiotowego (w sprzedaży jest np. 6 zł/mb, szerokości 140 cm), wymiary: (wzrost + 70 cm) x 140 cm. Do ortalionu należy naszyć ucha do mocowania, jak na rysunku. Ja z powodzeniem zamiast naszywania, nalepiłem podwójne (można je jeszcze podwoić) odcinki plastra-przylepca (już drugi rok doskonale zdają egzamin). W wystających częściach zrobić dziurkaczem otworki średnicy ok. 3-4 mm. Przez boczne ucha przewlec odcinki gumy tzw. “kapeluszowej”, po ok. 50 cm każdy, zakończone niewielką, 2-3 cm, pętelką. Użycie gumy na odciągi “o” nadaje konstrukcji niezbędną elastyczność na wietrze i deszczu, natomiast użycie mocnego sznurka lub żyłki skończy się zerwaniem konstrukcji! Płachta ortalionowa może być zresztą krótsza; przecież na wycieczkę i tak trzeba zabrać pelerynę, która może posłużyć do przykrycia wystających na zewnątrz nóg. A wreszcie, widziałem już kiedyś w Tatrach turystę śpiącego w śpiworze wsuniętym do foliowego przezroczystego rękawa “nanizanego” na napięty sznurek rozciągnięty na wysokości ok. 60 cm. Idealne warunki do kontemplacji nocnego nieba... Taki foliowy rękaw jednak bardzo silnie “poci” się od wewnątrz. A spanie w worku na folii ma jeden mankament: podczas deszczu zawsze jakaś strużka wody znajdzie sobie drogę aby wpłynąć do wnętrza i utworzyć na dnie powiększającą się kałużę, która do rana podmoczy śpiwór. A gdyby spać na gołej ziemi, woda wsiąkłaby w trawę...

Wiele osób ma niechęć do spania na ziemi bez szczelnej podłogi; uważają, że pełne zabezpieczenie przed deszczem w nocy daje np. szczelny worek z nieprzepuszczalnym dnem. Praktyka temu przeczy. Każde takie „bardzo szczelne” rozwiązanie zawsze okazuje się w nocy albo nieco przekrzywione, albo ujawnia się niewidoczna za dnia dziurka, przez którą w ciągu wielu godzin sączy się powoli, kropla po kropli, woda. Woda ta nie wsiąka w ziemię, ale gromadzi się w środku - bo podłoga jest przecież nieprzepuszczalna! - i podlewa śpiwór. Naprawdę znacznie lepiej jest spać bez owej złudnej podłogi, na ziemi - byle tylko daszek był odpowiednio szeroki.

Przy pierwszych kroplach deszczu narzuca się rozpostartą płachtę na rozciągniętą zawczasu żyłkę, przypina szpilkami lub kołeczkami do ziemi gumowe odciągi oraz ew. przypina środkowe “szczytowe” występy do żyłki (zapobiega to przesuwaniu się na wietrze płachty w stosunku do żyłki). Przypiąć taką małą pętelkę do żyłki lub cienkiej gałązki można za pomocą cienkiego krótkiego patyka – przetyczki; polecam poćwiczenie sobie tego prostego zabiegu. Środkowa żyłka może być na stałe przewleczona przez otworki w środkowych szczytowych uchach.

Płachta może być przypięta do ziemi tylko z jednego boku. Odciągi drugiego boku można zaczepić o gałęzie, otrzymując okap zamiast namiotu.

Na bardzo silnym, porywistym wietrze cała konstrukcja z pewnością będzie zbyt słaba. W takim przypadku nie pozostaje nic innego, jak po prostu szczelnie owinąć się ortalionem i... jakoś przetrwać do rana. Ale prawdopodobieństwo tego jest bardzo niewielkie. W każdym razie: lepiej zaryzykować niż zawsze wozić ze sobą namiot.

Płachtę ortalionową rozpina się tylko w razie grożącego deszczu; w pozostałych przypadkach można spać bezpośrednio w opisanym przedtem worku. Unika się w ten sposób niepotrzebnych dyskusji z miejscowymi władzami na temat biwakowania z namiotem “w miejscach niedozwolonych”.

Waga ortalionu: ok. 250 g (całość, z workiem: ok. 650 g). Koszt materiałów (wraz z workiem i moskitierą): ok. 20 zł (bez szycia, rok 2008). Za taką cenę nie da się nabyć tak lekkiego namiotu, który w dodatku można stosować w dwóch wersjach!

śpiwór i poduszka
Dla zaoszczędzenia wagi warto, aby śpiwór miał kształt silnie zwężający się w nogach. Kolejnym uproszczeniem jest śpiwór w postaci worka (bez zamka). Mankamentem jest to, że jest on wtedy przeznaczony tylko dla jednej osoby (czasem jest to zresztą wygodny argument). Miniaturowy śpiwór puchowy może mieć po złożeniu gabaryty: średnica/długość: 25cm/25cm. Typową uciążliwością spania w przypadkowym miejscu, są nierówności podłoża. Pomimo podkładania np. złożonej koszuli, wyczuwane są one doskonale po kilku godzinach (szczególnie pod głową), przyczyniając się do źle przespanej nocy. Rolę poduszki znakomicie pełni kawałek kwadratowej miękkiej gąbki poliuretanowej, o wymiarach 20cm x 20cm x 3cm. Ten mały kawałek gąbki może zapewnić nieproporcjonalnie wielki komfort spania.

Zamiast śpiwora, w lecie można posłużyć się aluminizowaną "kosmiczną" folią F "all weather blanket" (cena ok. 11 $, lub szukaj w Goggle tańszej...).

leżaczek
Napotkałem kiedyś na spływie "emerytów" kajakowych, którzy zgorszyli mnie niektórymi swoimi "porządnymi" zwyczajami. W szczególności zaś tym, że na spływ zabierali rozkładany stolik oraz składane leżaki! Jednak i ja doceniam teraz zalety tych ostatnich. Z reguły przy ognisku stoi się lub siedzi niewygodnie "w kucki". Ileż jednak można tak stać? Po krótszym lub dłuższym czasie przestaje to być zabawne i zamiast towarzysko uczestniczyć, idzie się po prostu spać... Podobnie jest z samotnym biwakowaniem o zmierzchu, w malowniczym miejscu: cóż z malowniczości, kiedy ścierpły nogi i tyłek? Stwierdzam, że siedzenie wieczorem w malowniczym miejscu (bez względu na porę roku; zdarza mi się to również w zimie w śniegu!) na rozstawionym lekkim aluminiowym leżaczku - wręcz zmienia mój stosunek do otaczającego świata... Na wszystko patrzę ze spokojem, pobłażaniem i dystansem i teraz dopiero w pełni doceniam otaczające mnie uroki natury. Och, jak dobrze jest (czasem) mieć ze sobą leżaczek! (precz z zasadą minimalizacji?)

pojemnik dla psa do roweru

Wykonany jest z ażurowej metalowej spawanej kratownicy, w kształcie kobiałki otwartej z przodu. Do bagażnika doczepiany jest z prawego boku roweru, za pomocą dwóch zagiętych “uszu”. Zaczepy powinny być dosyć długie, aby na skutek wstrząsów podczas jazdy po nierównościach, pojemnik nie spadł z bagażnika; nie może on również zesunąć się ani do przodu, ani do tyłu! Niezbędne jest dodatkowe przymocowanie go, np. miękkim, grubym drutem. Pojemnik powinien być usytuowany w dostatecznej odległości od butów rowerzysty podczas pedałowania. Pojemnik jest podparty skośnym “zastrzałem”, przymocowanym w pewny sposób do dna kratownicy, a jego drugi koniec przykręcony jest nakrętką do osi koła lub do dodatkowej specjalnej śruby. Wnętrze pojemnika wyłożone jest miękką, amortyzującą wykładziną. Podczas jazdy pies nie może być przywiązany smyczą itp. gdyż musi mieć możliwość swobodnego zeskoczenia w bok, w sytuacji awaryjnej. Nie można ryzykować, że zwierzę będzie ciągnięte za obrożę po ewentualnej wywrotce. Również z tego powodu pojemnik przymocowany jest z prawej, a nie lewej strony roweru. Odrębnym problemem jest sposób przekonania psa do tego rodzaju jazdy (znakomite rezultaty daje zaufanie zwierzęcia poparte słowną perswazją ...). Jazda z psem wymaga specjalnej ostrożności od rowerzysty; trzeba przyzwyczaić się do odpowiedzialności za "pasażera". Przede wszystkim jeździć trzeba z rozsądną szybkością, nigdy szybciej niż 25 km/godz ; w szczególności dotyczy to jazdy po nierównościach. Na pierwszym wyboju pojemnik albo może się urwać (mój pies waży 17 kg ...), albo wypaść z uchwytu. Trzeba również stale pamiętać o zachowaniu zwiększonego odstępu od przeszkód (występów murów, kolczastych krzaków) mijanych po prawej stronie. Asymetria obciążenia jest praktycznie niezauważalna podczas jazdy. Warto założyć dodatkową, większą koronkę w wielotrybie roweru (np. 34 zęby). Radykalnym, choć nietanim rozwiązaniem jest silniczek, np.: www.silniczkirowerowe.gd.pl 

Na obroży pies nosi zapisany numer telefonu. Zawsze dziwię się, dlaczego właściciele nie wpadli na tak prosty pomysł, który może znacznie ułatwić poszukiwania zagubionego towarzysza - o co szczególnie łatwo poza domem. Stosowanie wszczepianego pod skórę psa chipa jest zupełnie bezsensowne z powodu bałaganu organizacyjnego.

grzejnik benzynowy

Na bazarze, “u ruskich” można było kiedyś kupić takie urządzenie (“tiełogriełka”, 15-20 zł); można  o nie popytać w większych sklepach wędkarskich, ja kupiłem w USA taki “handwarmer” w “Academy Surplus” (ok. 2 $). Ma kształt szczelnej metalowej puderniczki z nakładaną dziurkowaną osłoną. Do pojemniczka nalewa się strzykawką 30 ml benzyny ekstrakcyjnej (podobno może być również denaturat?), nakłada żarnik zawierający ok. 0,002 g platyny, rozgrzewa się go nad płomieniem zapalniczki, nakłada metalową osłonę i całość umieszcza we flanelowym woreczku. Grzałka powoli rozgrzewa się do ok. 60 stopni. Czas funkcjonowania: powyżej 10 godzin. Grzałkę można bez obawy wrzucić na dno śpiwora lub trzymać pod koszulą lub w kieszeni; na pewno się nie zapali płomieniem! Spaliny nie są najzdrowsze: starać się nie spać z głową wewnątrz śpiwora; może skończyć się to lekkim bólem głowy... Na pewno nie należy aplikować spania wewnątrz śpiwora z wrzuconą taką grzałką - niewielkiemu naszemu czworonogiemu towarzyszowi. Spaliny mogą nieznacznie podrażniać wrażliwą skórę; należy grzałkę odizolować koszulą, skarpetką itp. Po kilkudziesięciu razach grzejnik zaczyna źle funkcjonować: można go łatwo zregenerować za pomocą niewielkiej ilości soli platyny lub palladu. Służę pomocą... http://www.youtube.com/watch?v=OF3OW2Sz3mk

[Grzejniki benzynowe widziano w większych sklepach wędkarskich, również bywają grzejniki na tabletki węglowe (cena podobnie nieprzyzwoita)].

Ostatnio pojawiły się w Allegro tańsze grzałki, z katalizatorem (bodaj) wolframowym. Niestety, podczas pracy produkują o wiele intensywniejszy i niezbyt przyjemny zapach. Aby usprawnić ich działanie, warto zwracać uwagę aby używać tylko czystej benzyny ekstrakcyjnej (w handlu pojawiają się mieszanki rozpuszczalników do farb, które mogą zniszczyć katalizator). Czas działania grzałki zależy znacznie od ilości benzyny w pojemniku (typowa grzałka powinna mieścić 30 ml paliwa - warto sprawdzić strzykawką). Czasem pojemnik wypełniony jest ściśle zbyt wielką ilością waty; można jej niewielką część usunąć (powinno jednak pozostać jej tyle, aby po przechyleniu ciekła benzyna nie wyciekała na zewnątrz - co może być niebezpieczne). Nie należy dopuszczać do zbytniego rozgrzania grzałki, bowiem część par uchodzi wtedy zbyt szybko (z jednej strony grzałkę można osłonić folią aluminiową). Paliwo nie może być zbyt lotne; optymalna temp. wrzenia to ok. 100 stopni. Ponieważ pożądany jest duży ciężar właściwy paliwa, optymalny jest tu metylocykloheksan (najłatwiej o niego chemikom). Ostatnio spotykam się ze skargami na kapryśną pracę tych ogrzewaczy. Można zasilać je czystym spirytusem (lub denaturatem - ale przedestylowanym, bo zawiera pewną ilość mało lotnych smół, a katalizator w przeciwieństwie do meneli niezbyt to lubi...). Ogrzewanie denaturatem daje niemiły owocowy zapach aldehydu octowego (jest wyraźnie toksyczny), ale wydłuża czas działania nawet do 12 godzin, bo alkohol jest o wiele mniej lotny od benzyny. Żarnik z katalizatorem powinien być w odległości nie mniejszej niż 2 mm od poziomu waty wypełnienia pojemnika. Zdezaktywowany katalizator wolframowy można regenerować platyną (niektórzy sprzedawcy oferują dodatkowe żarniki).

Są również inne urządzenia; zarówno jednorazowe: płaska torebeczka 7x11 cm, cena: ok. 3 zł. Na razie składu nie zdążyłem zbadać, ale chyba jest to oparte na reakcji aktywowanego żelaza z wodą...

jak i przeznaczone do wielokrotnego użycia (wymagają wstępnego ogrzania w gorącej wodzie w domu; grzeją jednak dość krótko i słabo).  Inna oferta: http://www.peak-berlin.com/index.html ("Licht/Warme")

naczynia do “gorącego”
Najwygodniejsze (nie parzą ust) są stożkowe kubki plastikowe. Większość plastikowych opakowań po daniach błyskawicznych, jest wystarczająco odporna na wrzątek. Jest wskazane, aby ścianki były stożkowe; kilka takich kubków można łatwo przechowywać oszczędzając miejsce. Jeśli nie chcesz, aby herbata w kubku stygła zbyt szybko na wietrze, wstaw kubek i zawiń go w foliową torebkę.

rozpalanie ognia
Ponieważ na silnym wietrze zapalniczki gazowe źle działają, warto zaopatrzyć się w kilkanaście zapałek tzw. “sztormowych”, które wraz z draską przechowywać w szczelnej plastikowej fiolce po lekarstwach. Poprosić można znajomego chemika, który ze zwykłych zapałek oblepionych mieszaniną chloranu potasu lub saletry potasowej i cukru-pudru zarobioną rozcieńczonym lakierem “nitro”, przygotuje ci takie “sztormiaki”. Do rozpałki pomocne jest użycie przygotowanych wcześniej w domu kawałków niezbyt grubej tektury uprzednio nasyconej parafiną. Koniec takiej tekturki powinien być wycięty w kilka głębokich ząbków, co ułatwi jej zapalenie. Najlepsze rezultaty daje papier toaletowy nasączony olejem np. samochodowym. Rozpalanie ogniska ułatwia kawałek świeczki choinkowej lub świeczki od podgrzewacza potraw.
Zamiast zapalniczki gazowej o wiele skuteczniejsza jest mini-lutownica gazowa, wielkości zwykłej zapalniczki. Daje ona bardzo ostry stożkowaty płomień odporny na podmuchy wiatru, i skutecznie rozpala nawet nieco grubsze gałązki (mikropalnik-lutownica JT-06A, ok 16 zł; Conrad Electronic.

(0 22) 621 59 51  Wwa, pl. Konstytucji 6  mdmconrad@ce.com.pl).

http://www.conrad.pl/Mini-palnik-gazowy%2c-max-700%b0C.htm?websale7=conrad&pi=433586&ci=SHOP_AREA_17585_1508090&ireusocl=1

Na rozpałkę najlepiej nadają się suche gałązki świerkowe lub sosnowe z dolnej części pnia młodego drzewka (można je nasączyć olejem lub pokapać stopioną parafiną ze świeczki). To one również najpierwsze wysychają po dłuższym deszczu... Jeśli nie jesteś pewien, czy w nocy deszcz nie zmoczy dostępnego suszu, przygotuj wieczorem niezbędną jego porcję i przechowaj ją do rana w foliowej torebce.

Podczas biwakowania na plaży trzeba pamiętać, że nad ranem na piasku wilgotność jest równa 100 %.

Interesujące urządzenie: http://www.wegotmorestuff.com/custom.em?pid=547374
http://pl.youtube.com/watch?v=kcoyywsdBZA&feature=related
http://www.spryciarze.pl/jak-rozpalic-ogien-pusta-zapalniczka

gotowanie na otwartym ogniu
Przy gotowaniu na otwartym ogniu problemem jest wiatr zwiewający płomień oraz sposób ustawienia naczynia ponad ogniem. Ja używam blaszanej osłony-rusztowania. Wykonana jest z trzech kawałków blachy mających otwory dla dopływu powietrza, połączonych bokami na zawiasy. Wymiary jednego fragmentu: 100 mm x 170 mm x 1 mm (moja jest z aluminium na tyle grubego, aby się nie stopiło, może być też ze zwykłej cienkiej blachy stalowej). Zawiasy (tzw. “meblowe”, jak najmniejsze), są zanitowane w taki sposób (“odwrotnie”), aby po użyciu osłonę dało się łatwo złożyć w kształcie litery "Z". Z tego samego powodu środkowy segment może być nieco szerszy od pozostałych. Po zanitowaniu zawiasów należy wystające główki dokładnie rozklepać młotkiem. Całość waży ok. 100 g, po złożeniu mieści się w plastikowej torebce po mleku.

Po ustawieniu osłony (widziana z góry ma kształt litery “U”), przetyka się poziomo przez dodatkowe wskazane strzałką otworki gruby drut, stanowiący oparcie dla naczynia, w środek wstawia się (nieco pochyloną dla stabilności) puszkę po piwie napełnioną wodą. Pionowy kształt oraz cienka blacha puszki bardzo skraca czas gotowania. Pod puszką rozpala się chrust, patyki, a nawet zeschłą trawę. Po ok. 10 minutach dysponuje się pół litrem wrzątku (jedna herbata oraz jedna chińska zupka). Osłona zabezpiecza w znacznym stopniu przed roznoszeniem iskier przez wiatr. Puszkę z wrzącą wodą najwygodniej zdjąć z ognia posługując się niezbyt cienkim patykiem przetkanym przez otwór w uszku. Podparcie drugim patykiem pozwoli przy minimalnej wprawie przechylić puszkę i przelać wrzątek bez dotykania osmolonej powierzchni. Co prawda nie da się w ten sposób gotować skomplikowanych dań, ale można przecież użyć puree ziemniaczanego. Manipulowanie puszką jest jednak dość kłopotliwe. O wiele wygodniej zaadaptować większy (3/4 l) kubek z nierdzewnej stali; metalowe ucho przeciąć u dołu, a pozostałą górną część ucha sklepać "na płask" w postaci skierowanego w dół równolegle do ścianki kubka, płaskownika. W takiej postaci nałożyć go na ściankę blaszanej rozstawionej osłony; na pewno teraz się nie wywróci... Wystarczy wtedy blaszana osłona dwuczęściowa.

Przyjaciele z Brześcia zaprezentowali zestaw do gotowania dla 4-6 osób. Cylinder z blachy do którego wstawia się dopasowany garnek aluminiowy; paliwem był klocek dębowy, który przed użyciem rozszczepia się na drobne kawałki. Gotowanie jest naprawdę bardzo sprawne. Ja wolę pozbierane w krzakach patyki. I wersja "komercyjna" napotkana na Bornholmie. Dla oszczędności miejsca wewnątrz garnka można poupychać mnóstwo drobnych elementów na czas transportu. W osłonie z cylindrycznej grubej blachy doskonale można gotować w większym (5 l) kociołku - dla jeszcze większej grupy turystów.

 

gotowanie na palniku gazowym
Mankamentem palników gazowych jest ich zła praca przy temperaturach zbliżonych do 0oC. Należy zaopatrzyć się w specjalną, bardziej lotną mieszankę “zimową”. Drugim problemem jest niezbyt intensywny płomień, którego ciepło jest łatwo zwiewane przez wiatr. Powoduje to dużą stratę czasu oraz ogromnie zwiększa zużycie paliwa. Należy zawsze stosować dopasowaną do naczynia pokrywkę. Znacznym usprawnieniem jest nakrywanie naczynia podczas gotowania (wraz z pokrywką, butlą i palnikiem) specjalnie uszytą “koszulką”. Powinna być ona uszyta z cienkiej tkaniny z włókna szklanego (ale nie z azbestu!), odpowiednio dużych rozmiarów, z pozostawieniem z boku nie zaszytego “rozporka” służącego do manipulowania uchwytem naczynia. Naczynie do gotowania powinno być dość dużej średnicy, aby płomień nie sięgał do szklanej tkaniny; inaczej łatwo ją może przepalić. Jest zadziwiające, jak wielką oszczędność czasu i paliwa daje tak proste usprawnienie. Tkaninę szklaną można kupić w sklepach z tkaninami przemysłowymi. Zastępczo można użyć większego kawałka kuchennej folii aluminiowej, owijając nią całość.

inne palniki
Mankamentem kuchenek gazowych jest brak kontroli ilości pozostałego gazu oraz kłopoty z jego kupnem “w terenie”.

Z moich wieloletnich doświadczeń wynika, że najbardziej niezawodnym i wydajnym źródłem płomienia jest maszynka (prymus) benzynowy. Na taką ocenę ma również wpływ łatwość nabycia paliwa, którym w ostateczności może być samochodowa benzyna bezołowiowa. Palnik benzynowy prawie nie "kopci" naczyń, jedynie dzieje się to przy użyciu benzyny samochodowej.

Najlepiej sprawują się rosyjskie okrągłe kuchenki benzynowe PT-2 Ogoniok”; wyraźnie gorsze są również rosyjskie małe palniki w kwadratowej obudowie, oraz rosyjskie duże prymusy z pompką (“trzmiel”) opis: http://lockaphoto.stufftoread.com/files/kuchenki.turystyczne.pdf .

W sytuacji awaryjnej warto mieć ze sobą kilkanaście tabletek "suchego paliwa" (tzw. mety). Ze względu na oszczędność czasu i paliwa, np. chińskie zupki należy wsypywać już do zimnej wody: nie jest wcale niezbędne doprowadzenie zawartości do wrzenia. Koniecznie całość owinąć większym kawałkiem kuchennej folii aluminiowej. Po osiągnięciu temperatury ok. 50 stopni, błyskawiczny makaron jest już wtedy gotowy.... Na zagrzanie jednej porcji herbaty lub zupy wystarczą w ten sposób 3 (mniejsze) tabletki paliwa.

palnik własnej konstrukcji: http://pl.youtube.com/watch?v=SQegtqwYr58&feature=related
http://pl.youtube.com/watch?v=r4xQU7QwJFg&feature=related

miniaturowy zestaw gazowy 
W większości moich wycieczek typowy zestaw gazowy jest nieprzydatny: zbyt wielka butla (nawet 1-litrowa jest za duża; są co prawda małe puszki metalowe, ale brak jest możliwości łatwej kontroli ilości pozostałego jeszcze gazu), oraz zbyt wielki palnik. Do moich celów idealny byłby zapas gazu w przezroczystym pojemniku plastikowym, wystarczający na zagotowanie 2 półlitrowych porcji wody, z miniaturowym palniczkiem. I okazało się to łatwe do zrealizowania. Jako pojemnika używam półprzezroczystego plastikowego ładunku-patronu A z gazem do ładowania zapalniczek, o pojemności 90 ml (zmieścić on może 100 ml skroplonego gazu). Ładunki takie można kupić w kiosku lub na targowisku, za 3-4 zł. Do regulowania wypływu gazu sporządziłem proste urządzenie w postaci sprężynującej obejmy blaszanej B z blachy mosiężnej 0,5 mm, zaczepianej zagięciami za wystające obrzeże plastikowego pojemnika. W obejmie, nad króćcem wylotowym patronu, jest otwór do którego przylutowana jest nakrętka z gwintem, w którą wkręcać można gwintowaną tulejkę C. Tuleję z nakrętką można kupić za kilkadziesiąt groszy w sklepie z elementami radiowymi - jest to gniazdko do wtyczki „bananowej”; dla wygody manipulowania przylutowałem do niej wystający w bok element. Wkręcanie tulei w nakrętkę przymocowaną do metalowej obejmy, powoduje wciskanie króćca wylotowego patronu, stopniowe uchylanie zaworu wylotowego - i wypływ gazu. Na stożkową końcówkę wylotową patronu nakładam 2-3 okrągłe aluminiowe podkładki D pod nakrętki (sklep metalowy, średnica otworu 2,5 mm), aby ostra krawędź tulei nie kaleczyła plastiku. Do wnętrza kanału wylotowego patronu wciśnięty jest ściśle bardzo cienki wężyk plastikowy E (musi być bardzo cienki - o średnicy wewn. 1-2 mm, bo duże ciśnienie gazu będzie zrzucało go z końcówek!. Jako rurki łączące można próbować dopasować różne plastikowe elementy np. rurki wkładów do długopisów, rurki do picia napojów z pojemników kartonowych, gumki do wentyli rowerowych itp. Wężyk łączący zasobnik gazu z palnikiem powinien być dość długi - z powodów bezpieczeństwa.

Ze zdobyciem miniaturowego palnika miałem sporo trudności. Najlepiej byłoby użyć elementu z nietypowej, starej kuchenki turystycznej (oczywiście - sam grzybek palnika, bez zaworu redukującego i kurka regulacyjnego), lub wręcz zrobić go samemu. Ostatecznie jednak wykorzystałem gotowy grzybek do kuchenki turystycznej (ten mniejszy, w cenie 10 zł). Całość zmontowana na podłużnym kawałku grubszej blachy mosiężnej, do niej przylutowana rurka miedziana (np. z agregatu chłodzącego starej lodówki) doprowadzająca gaz, na końcu zagięta w górę, nagwintowana wewnątrz, z wkręconą dyszą do propanu. Do blachy przylutowany jest krótki odcinek miedzianej rurki. Jest to „kominek” z wywierconymi w ściankach otworami do zasysania powietrza. Rurka kominka jest przecięta wzdłuż; umożliwia to sprężynowe jej rozszerzenie i wciśnięcie od góry grzybka palnika w kominek. Do transportu lub do oczyszczenia dyszy można palnik w ten sposób łatwo zdjąć. Tu przedstawiam zdjęcie nieco innego rozwiązania palnika: podstawa F wytoczona jest z duraluminium.

Na palnik, pod blaszany kubek warto podłożyć element dystansowy z paska zgiętej blachy. Podczas używania palnika niezbędne jest użycie osłony z tkaniny szklanej lub większego kawałka kuchennej folii aluminiowej. Regulacja wielkości płomienia odbywa się przez głębsze lub płytsze wkręcanie gwintowanej tulei. Zasobnik wystarcza na zagotowanie 2,5 litra wody: przy proponowanej procedurze wsypywania herbaty do zimnej wody i dwukrotnym użyciu w ciągu dnia wystarcza on więc na 2-2,5 dni dla jednej osoby. Zestaw ma wszelkie cechy samoróbki - i nie spełnia wymogów bezpieczeństwa, więc stanowczo odradzam używanie go np. wewnątrz namiotu! Ewentualny niewielki nawet przeciek gazu powoduje powstanie chmury, która wewnątrz namiotu nie jest zwiewana przez wiatr; i w każdej chwili grozi niewielkim wybuchem. Nawet niewielki wybuch powoduje błyskawiczne zapalenie się cienkiej powłoki namiotu, z którego nie da się natychmiast wybiec. W ciągu kilkunastu sekund płonące krople stopionego plastiku kapią na twarz... Jest to opis typowych częstych wypadków na biwaku. Tak więc: pod żadnym pozorem nie palmy ognia wewnątrz namiotu! Półprzezroczysty pojemnik daje możliwość stałej kontroli ilości pozostałego paliwa. Daje się go bez trudu napełniać z odwróconej większej butli z propanem/butanem. Należy użyć łącznika plastikowego dołączanego do pojemniczka, ale przelewanie gazu trzeba koniecznie wykonywać na wolnym powietrzu! Pojemnik oziębia się silnie w trakcie pracy, i przy temperaturze otoczenia poniżej zera źle pracuje. Należy wtedy włożyć go do naczynia z letnią wodą lub napełniać go bardziej lotną mieszaniną. Ja robię to następująco: pojemnik umieszczam w łaźni z wodą z lodem, a podłączam go do wylotu większej butli z propanem, ustawionej jednak wylotem w do góry; w ten sposób z dużej butli odparowuje głównie lotniejszy gazowy propan, który przechodzi jako gaz i skrapla się w chłodzonym pojemniku - zamiast przelewania skroplonej mieszaniny propan/butan. Handlowy propan-butan zawiera sporo stałych zanieczyszczeń, warto podczas napełniania mini-patronów stosować filtr z korka zbitej waty.

Można także wykorzystać pojemnik na gaz 300 ml COLEMAN (na bazarze 8-10 zł), który również można ładować wielokrotnie; wystarcza na 10 dni do 2 tygodni dla jednej osoby. Kontrola ilości pozostałego gazu jest tu kłopotliwa, bo pojemnik jest blaszany. Przybliżony pomiar ilości propanu można wykonać zanurzając pojemnik pionowo w naczyniu z wodą, i porównując z zaznaczoną przedtem flamastrem głębokością zanurzenia pojemnika pustego i pełnego.

I wreszcie jeden z Czytelników podesłał ostatnio ofertę kuchenki gazowej RANGER. Wygląda funkcjonalnie i taka też była jego opinia. Zawartość 50 g gazu, doładowanie gazem do zapalniczek, masa ok. 490 g. Na Allegro okazyjnie 58 zł.

światło
Latarka szybko się wyczerpuje. Przy kolacji przed namiotem wygodna jest świeczka. Świeczka powinna mieć średnicę nie mniejszą niż 6 cm, inaczej wiatr powoduje nierównomierne jej topienie. Dobre są świeczki nagrobkowe, powinny jednak być w obudowie plastikowej, a nie szklanej. Można wreszcie do kawałka przeciętej plastikowej butelki np. po szamponie, wstawić odpowiedni kawałek zwykłej świeczki, a w pozostałe z boków miejsce wlać roztopioną, ale niezbyt gorącą parafinę stopioną np. w metalowej puszce.

Do celów awaryjnych (np. penetracja podziemi, nurkowanie) przydatne i niezawodne, chociaż dosyć drogie, są jednorazowe oświetlacze chemiczne dostępne w większych sklepach turystycznych, wędkarskich i dla poszukiwaczy skarbów; po ok. 4 zł, czas świecenia: do kilkunastu godzin. Aktualny dostawca: http://www.omniglow.wojskowy.com/index1.html  oraz   http://www.bjsystem.com.pl/swia_che.html Są one niezastąpione podczas penetracji pod wodą i w jaskiniach.

Bardzo oszczędne światło dają rowerowe lampki na diodach świecących LED, i praktycznie rozwiązały one problem oświetlenia. W górach i na kajaku latarki LED kiepskiej jakości mogą jednak dawać niewystarczające oświetlenie.

Jeśli jednak chcesz nocować bez wzbudzania zainteresowania i nocnych wizyt, raczej nie pal światła na biwaku.

zasilanie prądem
Największym problemem jest ciągłe zasilanie MIO. Zaadoptowałem panele słoneczne (oczywiście chińskie) F TX 020

Są one sprzedawane w zestawie dającym się łączyć równolegle (chociaż na pierwszy rzut oka wydaje się szeregowe). Jeden element daje 2 W mocy (max, w pełnym słońcu, prostopadle). Stosuję zestaw czterech takich paneli (razem max. 8 W), wyjętych z brezentowych pokrowców i podklejonych taśmą. Wymiary rozłożonego zestawu: 33 cm x 22 cm, można go wozić na kierownicy roweru, dają się złożyć "w harmonijkę". Nadają się również do skutecznego ładowania "kostki" 4 akumulatorków AA. Tymczasem przypominam stary rosyjski patent "sybirski" na termoogniwo zasilane lampą naftową. Zdjęcie zaczerpnięte z  http://oldradio.onego.ru/ARTICLES/RADIO/tgk_real_l.htm

 

zguby i pożyczanie...
Zguby drobiazgów są prawdziwą plagą turystyczną. Dziurawe kieszenie, wypadanie przedmiotów z kieszonki koszuli podczas silnego nachylania się (wszyć guzik lub użyć agrafki), pozostawianie drobnych rzeczy położonych na trawie (nigdy na ziemi, zawsze na dobrze widocznym podłożu). Przed biwakiem w sianie koniecznie zawartość kieszeni przenieść do sznurowanego woreczka, inaczej docenimy trafność porzekadła: "szukać igły w stogu siana". Podczas podróży lub korzystania z barów wiele rzeczy pozostawia się (na zawsze) na półce nad siedzeniem lub półce pod stolikiem (z tej ostatniej nie korzystam więc nigdy). W pociągu staram się policzyć i zapamiętać liczbę sztuk bagażu.

Od lat prowadzę badania naukowe n/t losów moich utraconych niezliczonych łyżeczek. Osobliwą do nich skłonność przejawiają moi współtowarzysze wycieczek. „Pożycz mi na chwilę twoją łyżeczkę”. A potem zostaje ona włączona do całego pliku innych przeznaczonych do mycia. I zostają zapakowane razem z innymi. Straciłem ich już dziesiątki! Również i tę, w której wywierciłem dziurkę dla łatwiejszego rozpoznania! Identyczne są losy zapalniczek. Teraz pożyczam je co prawda, ale stoję nad delikwentem i odbieram po rozpaleniu ognia. Jeszcze bardziej dokuczliwe są konsekwencje utraty w taki sposób latarki. Latarkę z zasady pożyczam tylko w sytuacjach awaryjnych i skutecznie zyskuję opinię sobka i sknery. Ale już mam dosyć odbierania łyżeczek, zapalniczek i latarek moim nierzetelnym towarzyszom! I tego pełnego wyrzutu spojrzenia, kiedy proszę o zwrot. Trudno: takiego mnie sobie wychowaliście...

fotografowanie
Jeśli planuje się wyjazd w egzotyczne kraje, nie warto oszczędzać: kupować jedynie renomowane filmy. Drugi raz tych zdjęć się już nie powtórzy. Teraz problem jest prostszy: tyko pojemność dysku. Na plaży aparat fotograficzny musi być koniecznie zabezpieczony workiem foliowym; wszędobylski piasek jest typową przyczyną późniejszych uszkodzeń. Na spływ kajakowy warto zabierać proste aparaty kompaktowe, a nie lustrzanki z wymiennymi obiektywami; podczas spływu i tak z reguły brak jest czasu na manipulowanie wymiennymi obiektywami. Ja często zabierałem aparat z bogatym wyposażeniem, którego jednak prawie nigdy nie byłem w stanie używać... Aparat musi bezwzględnie być schowany do plastikowego, zamykanego, szczelnego worka foliowego. Jeszcze lepszy jest plastikowy pojemnik spożywczy z miękką, szczelnie wtłaczaną pokrywką (można jeszcze złącze posmarować gęstym smarem). Jest ich sporo w większych sklepach. Da się to skutecznie i szybko zrobić tylko wtedy, gdy aparat jest niewielki i bez wystających części.

Uwagi powyższe są właściwie nieaktualne przy użyciu aparatów cyfrowych.

paranoja zakazu fotografowania
Naturalnym odruchem jest chęć utrwalenia interesującego  obiektu na zdjęciu. Z niewiadomych powodów w Polsce odbierane jest to przez urzędników pełniących jakąkolwiek funkcję w muzeach lub obiektach turystycznych - jako prowokacyjny występek. Urzędnicy ci mają jakieś zakorzenione kompleksy objawiające się w postaci przepisów i tablic zakazujących tego podejrzanego obyczaju. Można to wytłumaczyć chęcią potwierdzenia własnej ważności dozorców. Jak mierzyć wartość człowieka (no, może sprecyzujmy: urzędnika)? Najlepszą miarą wydaje się być ilość zakazów, które może on postawić innym ludziom. A przecież w obiektach publicznych powinny obowiązywać inne zwyczaje niż w obiektach prywatnych - bo nie są własnością prywatną. Im mniejszy obiekt, tym zazwyczaj bardziej agresywni są jego opiekunowie. W Kaplicy Czaszek koło Kudowy żenująco prymitywna opiekunka uzasadniała, że od fotografowania rozsypują się zgromadzone zabytkowe kości. Muzealnicy zapewne wierzą głęboko, że obserwowanie polega na tym, że z oka wychodzą maleńkie strzałki, które odbijają się od obiektu i wracają do oka. Takie wzruszająco naiwne rysuneczki są prawdziwym rarytasem XVI-wiecznej wiedzy, które mają oni w swoich zasobach (i umysłach)...  W całej Europie odchodzi się od owych zakazów - wyjątkiem jest Polska. A przecież w dobie telefonów komórkowych z kamerą, jest to kompletny anachronizm! Zachęcam do walki z tą paranoją, fotografując i ewentualnie żądając wezwania policji; należy to jednak robić w obecności świadka. Jako prywatna własność traktowane są zasoby większości bibliotek - starodruki, dawne mapy i ryciny. Udało się nam jednak przełamać monopol godny „psów ogrodnika” i udostępnić komplet wspaniałych F przedwojennych map WIGowskich. Biblioteka Narodowa powinna mieć powód do zasłużonego wstydu!
Być może problem został ostatnio rozwiązany wyrokiem sądowym (zostałem wyprzedzony przez Pana Michała Kosiarskiego). Zapis o zakazie fotografowania w muzeach i opłatach za to, został wpisany na listę nielegalnych. Proponuję zrobienie kilku kopii F dokumentu, i bardzo stanowcze egzekwowanie swojego prawa w pierwszym odwiedzanym muzeum, z wzywaniem policji włącznie! Również nie ma formalnego zakazu robienia zdjęć na Kolejach; należy się zdecydowanie przeciwstawić nadgorliwości Służb Kolejowych (także z wezwaniem policji i spisaniem protokołu zajścia) fotografowanie.htm 

mapy
Przez wiele lat mapy były traktowane jak rzecz nasuwająca podejrzenie o szpiegostwo. Nie tylko nie wydawano map dokładniejszych niż 200 000, ale posługiwanie się przedwojennymi mapami WIG-owskimi 100 000 narażało na dochodzenie; a za posiadanie mapy wojskowej szło się po prostu siedzieć... Przez wiele lat chodziłem z własnoręcznie zrobionymi odbitkami fotograficznymi (koszmarna praca! kserografy miały tylko zakłady pracy i pomieszczenia w których je przechowywano były plombowane na noc! papieru kserograficznego nie było w sklepach w wolnym obrocie) przedwojennych map WIG 100 000 (nawiasem mówiąc, wspaniale czytelnych; prawdziwych rarytasów antykwarycznych. Są one coraz częściej wydawane w postaci reprintów). Mapy były co prawda polskie, ale na wielu terenach oficjalne nazewnictwo było niemieckie. Trwałą pamiątką jest moja znajomość niemieckich nazw miejscowości... Często zabieram ze sobą w teren odbitki (żal mi oryginałów) przedwojennych map WIG-owskich, do celów krajoznawczych.
F Zeskanowałem moje archiwum tych map. Kto byłby zainteresowany takimi materiałami? Ostatnio przejęli archiwum i ogromnie je rozbudowali inni pasjonaci (chwała im za to!). Niewiarygodne, ale dostępne on-line jest teraz pokrycie całego terytorium (a nawet więcej) II RP, oraz setki dokładnych map niemieckich.

Teraz ogólnie dostępne są współczesne mapy topograficzne (z podziału międzynarodowej "milionówki") 100 000. Z reguły staram się jednak mieć mapy dokładniejsze: 50 000 - które uważam za optymalne do mojej turystyki. Są to przede wszystkim mapy topograficzne "GUGiK" (obecnie: "Główny Geodeta Kraju"). Podaję adresy sklepów posiadających największy ich wybór: Centralny Ośrodek Dokumentacji Geodezyjnej i Kartograficznej GUGiK W-wa ul. Żurawia 3/5 oraz: Centrum Kartografii ul. Grochowska 258/260 tel. (W-wa) 8138100, 8100712 centrumkartografii@wp.pl . Istotnym elementem mapy jest naniesiona numeracja działek leśnych ("kwartałów"), niezmiernie ułatwiająca orientację w lesie. Niestety, na tych właśnie mapach numeracja często nie jest zgodna z oznaczeniami na słupkach w terenie. Posługiwanie się mapami dokładniejszymi (aż do 10 000) jest niezbyt wygodne: nie ma należytej perspektywy terenu, zaopatrzenie się w komplet takich map jest koszmarnie kosztowne oraz ciężkie (zamiast jednego arkusza 100 000 trzeba sto (!) arkuszy 10 000). Coraz bardziej popularne staje się posługiwanie kartografią satelitarną.

GPS
Turystykę rozpoczynałem w latach 60-tych z mapą okolic Gdańska w skali 400 000 (dokładniejszej nie było w księgarniach; dopiero potem wydano istny rarytas: Pobrzeże Gdańskie 220 000). Na rajdy studenckie w połowie 60-tych klub turystyczny mógł uzyskać zezwolenie na odrysowanie mapy poufnej (na miejscu, pod kontrolą i po uzgodnieniu z cenzurą). Chodziłem więc w teren z własnoręcznie fotografowanymi przedwojennymi mapami WIG 100000; a i to było także podejrzane. Za posiadanie mapy „TAJNE” (a tajne lub poufne były wszystkie inne) szło się po prostu siedzieć (jeszcze w latach 80-tych).

Kiedy prawie 100 lat temu zaczynałem turystowanie, po kolejnych błądzeniach pojawiała się wizja czarodziejskiego wynalazku: mapy na której świeci światełko w miejscu mojego stania w terenie… Realizacją tego jest GPS; ale pojawiło się tu wiele komplikacji. Sprawiłem sobie Garmina 60CSx. Operuje on podkładem mapy wektorowej (często jest to jednak raczej prymitywny schemacik niż mapa). Stopniowo pojawia się coraz większa oferta coraz lepszych wektorowych map turystycznych („topograficznych”) GPS. Bo na razie GPS jest ciągle wynalazkiem zdominowanym przez obyczaje posiadaczy samochodów, a nie turystów. Ot, chociażby niska hierarchia szlaków kolejowych, istotnych dla turystów, a nieistotnych dla samochodziarzy (z dziwacznym samobójczym upodobaniem wjeżdżających nagminnie pod nadjeżdżające pociągi i jeszcze oskarżających o to Kolej. I brak treści turystycznej. Szczególnie uznanie budzi gigantyczna praca rysowania map GPS (i ich bezinteresownego udostępnienia!) przez prawdziwych entuzjastów. Niezwykle bogaty w szczegóły imponujący zestaw map Polski Północnej znajdziecie: http://www.rybickim.pl/ . Warto włączyć się do akcji ich aktualizowania i dodawania interesujących punktów. Inne mapy i linki: http://gpspl.w.interia.pl/     

Skomplikowane i irytujące bywa zgranie map papierowych sygnowanych na okładce jako „GPS” – z odbiornikiem. Powodem jest spuścizna po schizofrenicznej podejrzliwości komunistycznych wojskowych kartografów sprzed lat. Wprowadzili oni istną dżunglę systemów siatek kilometrowych i układów odniesienia, a także dziwacznych podziałów na sektory i strefy. Przypominam, że siatka kilometrowa na typowej mapie jest wynikiem przekształcenia w kwadraty - trapezoidów siatki geograficznej. Algorytmów takiego przeliczenia współrzędnych z stopni-minut na umowne dane siatki kilometrowej - jest bardzo wiele. Teoretycznie w legendzie mapy powinny być wydrukowane dane pozwalające na takie zaprogramowanie odbiornika GPS, aby wyświetlane na ekranie współrzędne liczbowe były zgodne z systemem wydrukowanym na ramce mapy. Cóż, kiedy wydawcy map papierowych „GPS” sami gubią się często w zawiłościach podziału na strefy arkuszy. Bodaj największy zestaw map papierowych (w tym turystycznych map z adnotacją reklamową „GPS”) wydaje DEMART. Mapy są ładnie drukowane, mają sporo treści turystycznej. Niestety na wielu z nich podane są błędne dane do współpracy z odbiornikiem GPS: współrzędne wyświetlane przez odbiornik nie zgadzają się z oznaczeniami na ramce mapy! Dane znalezione empirycznie podaję na stronie: opisy/suwalszczyzna.htm
Najprzykrzejsze jest to, że Wydawca DEMART pomimo długotrwałej wielokrotnej korespondencji nie umieścił poprawionych danych na swojej stronie www (nie podaję adresu strony aby nie reklamować tego aroganckiego Wydawcy), dając wyraz swego lekceważenia Użytkowników. Na grupie dyskusyjnej pl.rec.gps sugerowano nawet apel o bojkotowanie tej edycji... Grupa pl.rec.gps jest źródłem wielu map wektorowych GPS.  
Na wielu mapach Demartu współrzędne na części arkusza są zgodne z wyświetlanymi na ekranie GPS (zaprogramowanego zgodnie ze wskazówkami z legendy mapy), a w innej części tej samej mapy są kompletnie rozbieżne. Irytujące, gdy wydawca robi wrażenie, że jest zupełnym laikiem, a propozycje umieszczenia poprawek np. na jego stronie www, są ignorowane.

Irytujące i wyjątkowo nieprzyjazne jest zresztą oprogramowanie odbiorników GPS. Robi wrażenie, że jest dziełem informatyków, którzy z turystyką nigdy nie mieli do czynienia, i nigdy nie wędrowali w terenie z odbiornikiem w ręku. Dlaczego po podłączeniu odbiornika do komputera, dostęp do pamięci odbiornika wymaga osobnego programu? Dlaczego tracki (przebyte ścieżki) zapisywane są w różnych rozszerzeniach, które dla każdego programu wizualizacyjnego, trzeba każdorazowo konwertować? Wielkim problemem podczas dłuższych wycieczek w interiorze – jest zasilanie prądożerczego odbiornika. Głównym pożeraczem energii jest ekran wyświetlacza (proporcjonalnie do kwadratu jego rozmiaru). Podczas długiej wycieczki odbiornik powinien być włączony ciągle, ale na ekran zerka się przez czas nie dłuższy niż 1/20 czasu wycieczki. Cóż prostszego niż przycisk wyłączający samo wyświetlenie, lub wygaszasz samoczynny? Dlaczego producenci komórek potrafili zadbać o taki szczegół? Mój model pracuje prawie 2 dni na zestawie dwóch akumulatorów AA. Ale są modele zasilane z nietypowego niewymiennego małego akumulatorka, przeznaczone dla posiadaczy samochodów, którzy „przyklejeni” są do siedzenia fotelu, a odbiornik jest przecież zasilany stale z gniazda zapalniczki… Zasilanie panelem słonecznym jest kłopotliwe, bo wobec znacznego poboru mocy, ciągła praca wymaga zasilacza o rozmiarach utrudniających swobodne poruszanie się. A i tak większość energii jest głupio tracona w niepotrzebnie stale świecącym się ekranie nie dającym się wyłączyć - przez bezmyślność konstruktora, który nigdy chyba nie ruszył swojego tyłka od biurka…

Typowy turysta GPS korzysta z gotowej mapy wektorowej (jest ich coraz większy wybór o różnej szczegółowości). Ale śledzić może tylko te elementy, które rysownik mapy umieścił na niej. Ja od dawna bardziej interesuję się krajoznawstwem. Chcę dotrzeć do punktu zaznaczonego na dokładnej mapie papierowej sprzed 100 lat (którego w terenie może już od dawna nie ma). Oczywiście tego nietypowego punktu nie ma także na współczesnej mapie wektorowej GPS. Musiałem żmudnie albo ręcznie za pomocą cyrkla i linijki wcześniej w domu wyznaczać współrzędne każdego z interesujących punktów. Albo robić to w domu na ekranie komputera za pomocą programu OZI (także nieco kłopotliwe, a w terenie i tak będę szedł z zupełnie inną mapą). Rozwiązaniem jest odbiornik GPS (a właściwie miniPC lub palmtop - z wbudowanym modułem GPS) umożliwiający pracę na podkładzie nie mapy wektorowej, ale mapy będącej obrazkiem-skanem JPG (pozostaje oczywiście stary problem prawidłowej kalibracji tej mapy, w dżungli różnych systemów odniesienia). To dopiero dało mi komfort szukania w terenie śladów przeszłości. Błędy rysowania mapy, jej skanowania, zniekształceń mechanicznych oryginału papierowego oraz kalibracji, można skorygować w terenie porównując miejsce stania w stałym charakterystycznym punkcie niedaleko celu (np. mostek drogi na strumieniu) - z miejscem wyświetlonym na ekranie. I wprowadzając empiryczną poprawkę („rzeczywiste punkty w tej okolicy prawdopodobnie leżą zawsze ok. 15 m na NW od miejsc wyświetlonych na ekranie”). W ten sposób dokładność naprowadzenia może być lepsza niż 10 m! Aby nie było zbyt słodko: mój MIO 550 pracuje na nietypowym akumulatorku… 3 godziny (właściciel samochodu i tak zaczyna być nieszczęśliwy gdy przebywa dłużej niż godzinę poza ukochanym pojazdem)! I ma swoje „życie wewnętrzne” polegające na tym, że w kieszeni włącza się nieobliczalnie i samoczynnie – i wyładowuje akumulator. No, ale w terenie chodzę z mapami JPG,  zarówno starymi Messtischblattami, jak i współczesnymi ściągniętymi wraz z plikami kalibracyjnymi z Geoportalu (cała Polska, w skalach od 10k do 100k).

Znamienny jest stosunek różnych potencjalnych użytkowników GPS do idei korzystania z tej techniki. Turyści starej daty są niemal zawsze niechętni. „ja nigdy nie błądzę; mapę i tak mam w głowie, podobnie przebytą trasę. I w ogóle żadne mapy nie są mi potrzebne. A z GPSem w ręku jeden taki wjechał prosto do jeziora!”. Dyskutowanie z nimi jest niezmiernie uciążliwe. A rzeczywiście, do celów turystyki GPS niezbędna jest pewna sprawność w logistyce komputerowej. Drugą skrajność prezentują młodzi entuzjaści technik komputerowych: „kupiłem wczoraj GPS, i wieczorem wyrzuciłem na śmietnik wszystkie moje mapy papierowe. Po co mi te śmiecie?

No więc po kolei. Ideą mapy wektorowej była korzyść z „warstwowej” struktury mapy oraz „routowalność” elementów graficznych i łatwość operowania ważną funkcją „prowadź do… po drogach”. Kolejne warstwy mają stopniowo redukowaną liczbę wyświetlanych szczegółów, co teoretycznie ma poprawić czytelność zmniejszanych map. Bo ekranik wyświetlacza jest zawsze jednakowo mały. Doskonale nadaje się do śledzenia mapy tak powiększonej, aby rozmiary terenu wynosiły nie więcej niż ok. 2x3 km. Jeśli chcę zobaczyć jak usytuowane jest miasto docelowe w odległości 20 km, to mapę trzeba pomniejszyć tak, aby znalazło się na tym niewielkim polu wyświetlacza. Przy takim pomniejszeniu nie widać już szczegółów leśnych dróg rozchodzących się ze skrzyżowania na którym właśnie stoję… Którą wybrać? Na mapie papierowej nie ma z tym problemu: jeśli interesuje mnie najbliższa okolica, to przybliżam twarz, a jeśli dalsza perspektywa, to odsuwam się nieco od mapy. A więc GPS służy mi tylko do śledzenia szczegółów najbliższej okolicy, a do orientacji ogólnej stale używam mniej dokładnej mapy papierowej (na rowerze 100k, samochodem 200k lub 500k). I mapa papierowa nigdy nie będzie zastąpiona przez GPS. Chyba, że rozmiar ekranu byłby nie mniejszy niż 9 cali. A takie gabaryty sprzętu są dla mnie nie do przyjęcia. Istnieje też opcja palmtopa współpracującego z podłączoną „pluskwą” GPS; na razie opinie są mało entuzjastyczne. A także „pluskwy” podłączonej do zaawansowanego fotograficznego aparatu cyfrowego (do lokalizacji zdjęć). I wreszcie komórka z modułem GPS (z reguły bardzo duże ograniczenia wyboru mapy).

mycie “w butelce”
Dla wielu osób (nie dla wszystkich!), przykre jest uczucie posiadania warstwy potu po upalnym dniu – podczas gdy w terenie nie ma warunków do kąpieli. A sama kąpiel w zimnej wodzie jest do przyjęcia tylko dla nielicznych turystów (przyznaję: ja do nich nie należę!). Zamiast mydła używam skoncentrowanego szamponu, po ok. 5 ml na dzień (nie jestem aż takim brudasem, abym musiał myć się dwa razy dziennie). Przygotowuję sobie 1,5 l porcję letniej wody w plastikowej butli, idę w krzaki i myję się zaczynając od głowy, stopniowo spłukując szampon “w niższe partie”, regulując intensywność wypływu wody podczas mycia, palcem. Wielu moich znajomych nie chce wierzyć, że do takiej kąpieli w zupełności wystarcza 1,5 litrowa porcja wody (rekord: 0,5 litra)! Z kąpielą nie należy zwlekać do wieczora; o zmierzchu z reguły robi się chłodno (szczególnie w górach), i o kąpieli nie ma już mowy. Uczucie świeżości po pozbyciu się lepkiej warstwy potu jest trudne do opisania, a pozytywna zmiana samopoczucia bywa tak wielka, że miałem kiedyś wręcz uczucie, że po umyciu jestem nieco lepszym człowiekiem. Moi znajomi zdecydowanie jednak twierdzą, że tamto wrażenie jest przykładem zjawiska zwanego: omam zwyczajny...

Niestety, z zupełnie niezrozumiałych powodów dotąd nie udało mi się przekonać praktycznie nikogo, że jest to naprawdę najlepsze rozwiązanie. Niektórzy moi koledzy zamiast mycia kąpią się w rzece, inni uważają, że nie są brudasami i myć się nie muszą... Wszystkie zaś niemal koleżanki-turystki uważają za oczywiste, że codziennie czasochłonne wyszukanie wieczorem miejsca z natryskami jest o wiele ważniejsze niż znalezienie dogodnego miejsca na biwak. Jechałem kiedyś samochodem po górach w towarzystwie, dla którego głównym celem wydawała się być codzienna półtoragodzinna kąpiel w łaźni lub basenie. I zawsze gotowi byli zrezygnować z turystycznego planu wyprawy.

śmiecie, “kaktusy” (mało eleganckie, ale bardzo dokuczliwe)
Niewybaczalne jest czyszczenie naczyń, mycie szamponem włosów itd. bezpośrednio w wodzie rzeki lub jeziora ("zamiłowanie do przenoszenia prywatnego brudu do publicznych wód powierzchniowych"). W ten sposób wszystkie zanieczyszczenia bezpośrednio skażają zbiornik wodny, którego zdolności samooczyszczające są niewielkie! Zanieczyszczone resztki powinno się pozostawiać w ziemi, w odległości kilku metrów od brzegu. Zdolność gleby do absorbowania jest bez porównania większa, a wydłużony czas przesiąkania do wody umożliwia ich rozkład w ziemi. Za chwilę nieco więcej o tym problemie...

Za katastrofalne zaśmiecenie lasów i rzek butelkami szklanymi i plastikowymi "petami" odpowiedzialny jest rząd! Do obowiązków władzy należy zmuszenie procentów piwa do używania dwóch typowych rodzajów butelek i wymuszenie ich późniejszego skupu. Po kilku latach starań, teraz zezwolono na dowolność. I skutek jest taki, że zwrot szklanej butelki jest tak kłopotliwy, że lepiej wyrzucić ją za siebie. A na plastikowe "pety" także powinna być spora kaucja - oraz system ich odbioru. Jednak byłoby to rozwiązanie niepopularne, a ponieważ od lat znajdujemy się przez cały czas w trakcie permanentnej jakiejś kampanii wyborczej, zatem z powodów politycznych żadne stronnictwo nie kwapi się do radykalnego rozwiązania. A lasy i rzeki zaczynają tonąć w śmieciach! Ponieważ nie potrafię spokojnie na to patrzeć, postanawiam na każdym spływie kajakowym w miarę możliwości zabierać ze sobą większy worek i zbierać porzucone śmiecie. Pewnie, że to niesprawiedliwe, ale zawsze będzie więcej takich co śmiecą, niż takich, co zbierają. Taki już los tych, co są przesadnie wrażliwi... Hasło: „pozostaw to miejsce takim, jakie je zastałeś” jest w naszych realiach nie do przyjęcia. Powinno być raczej: „pozostaw to miejsce takim, jakie chciałbyś je zastać”. Czasem śpię w tak ładnym otoczeniu na łące, że nie chcę pozostawiać po sobie nawet wygniecionej trawy. Można ją bez trudu „podczesać” dłonią. 

Szczególnie przykrą sprawą są tzw. “kaktusy”, które otaczają wszystkie zarośla wokół obozowisk i parkingów... Taki brak elementarnej kultury osobistej trudno nazwać – zezwierzęceniem; wystarczy przyjrzeć się dzikiemu podwórkowemu kotu podczas przygotowań do tej czynności... Ale kultura jest przecież zachowana - w postaci pozostawionej dwumetrowej wstęgi różowego papieru z nadrukowanymi zielonymi misiami. Trudno uwierzyć, że uprzednie wykopanie dołka głębokości 10 cm, jest aż tak bardzo kłopotliwe!

Zaleca się wyrzucanie do śmietników pustych butelek bez zakrętki - aby zmniejszyć objętość śmieci.. Praktyka wskazuje, ze takie miejsca stają się pułapką dla niezliczonych owadów zwabionych słodką pozostałością. Nie róbmy tego. Butelki należy po odkręceniu zakrętki należy możliwie dokładnie zgnieść i nakrętkę ponownie założyć aby butelka ponownie się nie rozprostowała.

** mycie nad wodą. Zagadka: skąd ta piana w jeziorach?
Na każdym progu wodnym polskich rzek i na płaskim brzegu jezior, tam gdzie uderzają fale, tworzą się w wietrzną pogodę zwały gęstej piany. Wszyscy turyści i wczasowicze pomstują wtedy na zanieczyszczenia i najchętniej obwiniają o to rząd… ”ale nas ta chemia truje”… A źródłem zanieczyszczeń są właśnie turyści oraz wczasowicze, a nie chemia - a dołączają się tu tylko okoliczni mieszkańcy. Oceńcie samokrytycznie czy czasem to nie Was opisuję w poniższych obrazkach! Zarówno kajakarze, jak turyści rowerowi, jak i wędkarze zatrzymują się z upodobaniem na brzegu wody. Bo tu jest ładnie i jest tu blisko do zasobów wody i kąpieli. Po każdym posiłku pozostają brudne tłuste naczynia, które myje się oczywiście w wodzie - bo przecież nie w lesie?  Wchodzi do wody lub nachyla nad nią, polewa gęstym pieniącym środkiem myjącym i po umyciu spłukuje do wody. Tak samo jak w domu - do zlewu. Ale tu ścieki nie są odprowadzane rurą do oczyszczalni, ale wlewane są wprost do zbiornika wody. Podobnie wieczorna kąpiel połączona jest z reguły z myciem z użyciem szamponu. Oczywiste, że robi się to w wodzie a nie na brzegu. Z tym samym skutkiem.

Lub: rankiem z domku ośrodka wczasowego wychodzi osobnik  z przewieszonym  ręcznikiem przez ramię i z butelką szamponu. Klęka na drewnianym pomoście nad wodą i odprawia opisane misterium mycia włosów spłukując szampon wprost do wody. Po kilkunastu latach lawinowo rozwijającej się turystyki większość wód powierzchniowych Polski jest skażona środkami powierzchniowo czynnymi, co widać podczas każdego silniejszego wiatru, jako owe zwały piany. To Wasza bezmyślność jest główną przyczyną tego stanu rzeczy!

Współczesne silnie aktywne środki powierzchniowo czynne są tak skuteczne, że nawet niewielkie stężenia dają efekt pienienia. Co prawda produkuje się coraz więcej tzw. biodegradowalnych środków myjących, ale substancje te nie rozkładają się same z siebie, w wodzie. Są one jedynie przetwarzane przez drobnoustroje, a skuteczność tego rozkładu zależy od tego jak wiele drobnoustrojów jest w środowisku. W wodach jest ich niezwykle mało, dlatego środki myjące wlane do jeziora lub rzeki prawie się w tych warunkach nie rozkładają. Stężenie drobnoustrojów w glebie (raczej tej czarnej niż w piasku plaży!) jest wiele setek tysięcy razy większe niż w wodzie. Dlatego mycie, a przynajmniej pierwsze spłukanie trzeba robić nie w wodzie, ale na brzegu, w odległości kilkunastu metrów od wody! Popłuczyny przesączać się będą powoli przez warstwę gleby i stopniowo będą rozkładane zanim przesiąkną do wody. Dla 99% bezmyślnych i leniwych turystów jest to zbyt kłopotliwe, zresztą nawet nie przyjdzie im to do głowy. Szczególnie irytujące jest pranie np. koszuli bezpośrednio w wodzie. Dlaczego dla mnie nie jest problemem wieczorne mycie polewając się porcją 1,5 litra wody z butelki - w krzakach, lub upranie w koszuli w dłoniach, polewając ją także wodą z butelki, również na brzegu?

Dawne zwykłe mydło było środkiem bardzo mało szkodliwym dla środowiska. Bo w twardej wodzie dawało nierozpuszczalny osad. Współczesne mydło mydła zawiera śladowe ilości, i właściwie pozostała w nim już tylko dawna nazwa. Zawiera dziś mnóstwo dodatków, które są bardzo trwałe, i podejrzewane o coraz liczniejsze powstawanie alergii. Ale reklamowane jako nie barwiące papierka wskaźnikowego pH. A więc nie będące mydłem…

Specjalnie bezceremonialny stosunek do środowiska zauważa się u wielu jachtowiczów, w postaci wylewania wszystkich odpadów do wody. To częsta sytuacja: im większy jest sprzęt i większa moc silnika oraz cena wehikułu i pozycja materialna właściciela, tym bardziej postawa jest bardziej nonszalancka. Specjalny rodzaj paskudzenia jest typowy dla wędkarzy. Nie ma większej satysfakcji, jak pozostawić na drewnianym pomoście oznakę trofeum w postaci okrwawionych rybich bebechów z rojem much. I opakowań po utensyliach.  

** bezmyślność przy umywalce
Irytujące jest również marnotrawstwo wody z kranu, np. w schronisku. Typowy obrazek: do łazienki wchodzi delikwent z maszynką do golenia, rozstawia swoje rzeczy przy dwóch sąsiednich umywalkach i odkręca na cały regulator kran z ciepłą wodą. I zaczyna misterium obmacywania przed lustrem zarostu. A woda cały czas się leje… Następnie mydlenie zarostu. Bardzo staranne. Drobiazgowe golenie. A woda cały czas się leje… Płukanie resztek po goleniu. Staranne wielominutowe wycieranie ręcznikiem twarzy. Kilkuminutowe wklepywanie pachnącego kremu po goleniu. I ew. dopiero teraz zakręca kran. Baba płci męskiej! Szacuje się, że w ten sposób marnuje się znacznie ponad 90% wody! Tak postępujecie niemal WSZYSCY w swoich domach i tak samo zachowujecie się w schronisku.

Za marnotrawstwo odpowiadają częściowo konstruktorzy kranów umywalkowych. Regulacja ciepłej wody jest na tyle kłopotliwa, że niechlujnie godzimy się na tę rozrzutność. W jednej z dolin we włoskich Alpach zatrzymaliśmy się przy dużej wiacie turystycznej z umywalkami i ciepłą wodą z grzejnika słonecznego. Nie miały one żadnego tradycyjnego kranu! Jedynie na podłodze pod umywalką był metalowy pedał obsługiwany stopą, umożliwiający regulację zarówno temperatury jak i intensywności wody. Racjonalność zużycia wody była całkowita!    

Daruję tu obsceniczny opis jak postępują nad umywalką tzw. dziarscy mężczyźni z zalegającymi porannymi wydzielinami z nosa i gardła… Wstrętne - ale nigdzie nie obiecywałem, że będę opisywał tylko miłe sytuacje. Ciekawe, że jest to widoczek typowy dla schronisk polskich. Dlatego umywalki w schronisku dotykam z obrzydzeniem, staram się nie korzystać z publicznych łaźni, a preferuję butelkę z podgrzaną wodą, w krzakach. Tę samą butelkę wożę przez czas trwania tygodniowej wycieczki, i wyrzucam po tygodniu jedno zużyte opakowanie. A moi towarzysze w ciągu tygodnia zapełniają śmietniki siedmioma sztukami…I patrzą na mnie jak na sknerę, który żałuje sobie kupna jednej głupiej butelki wody dziennie. A dla mnie jest to problem ideowy.

** woda z kranu do picia?
Kolejnym zjawiskiem, chyba socjologicznym - jest problem wody pitnej. Od kilku lat rozpowszechnione jest kupowanie wody do picia, w plastikowych butelkach w sklepie. Dla wielu ludzi jest to tak oczywiste, że wręcz nie rozumieją mojego zdziwienia i zgorszenia. Bo woda wodociągowa w większości miast jest doskonałej jakości. Prawie nigdzie nie jest już uzdatniana chlorem, co powodowało dawniej charakterystyczny posmak chlorofenoli powstających z naturalnych humusów, psujący np. smak herbaty. Dla mnie jest to przykład zdumiewająco skutecznie ogłupiającej reklamy telewizyjnej w skali społecznej. Na wmawianiu ludziom, że do picia można używać tylko wody kupionej w sklepie, zrobiły fortuny dziesiątki firm. Ja uważam za rzecz irytująco bezmyślną kupowanie za pieniądze produktu dostępnego praktycznie za darmo, o identycznej jakości. Kupowanie i płacenie dodatkowo za opakowania które wymagają kłopotliwej dla środowiska produkcji, zalegających potem w terenie. I dostarczanie złośliwej satysfakcji i fortuny bezpardonowym producentom którzy zaspokajają wykreowany przez  siebie samych popyt.

Kiedyś w sklepie w Pluskach w Olsztyńskiem, sprzedawca odmówił mi nalania wody z kranu do butelki proponując kupno takiego „gotowca”. Powiedziałem mu wtedy, że to pierwszy wypadek odmówienia mi wody w mojej turystyce, i obiecałem że opiszę to na stronie. Czynię to w tym miejscu; jeśli będziecie w Pluskach, to kłaniajcie się ode mnie w tym sklepiku w północnej części wioski nad jez. Plusznym… 

Woda butelkowana jest bardzo często jakości identycznej jak woda wodociągowa. Pomijając wydane niepotrzebnie pieniądze, pozostaje problem niepotrzebnego produkowania opakowań PET, odpadów przy ich produkcji, i problem utylizacji pustych opakowań. Przypominam, że w Polsce od dziesiątków lat jest niemożliwe zorganizowanie skupu butelek szklanych, o plastikowych nie mówiąc. Opakowania te zalegają na śmietnikach, poboczach dróg, w rzekach i w lasach. Taka jest cena braku skrupułów producentów, agencji reklamowych i bezkrytycyzmu tzw. zwykłych oglądaczy reklam telewizyjnych. Kiedy widzę jadące kolumny ogromnych TIRów rozjeżdżających nasze drogi, zastanawiam się ile z nich wozi takie wykreowane sztucznie i bezsensownie towary? Czy na tym ma polegać funkcjonowanie społeczeństwa konsumpcyjnego?        

o pewnej „niewielkiej potrzebie”
Zastanawiałem się długo czy poruszanie tak krępującego i przyziemnego tematu nie jest po prostu rzeczą niestosowną. Ale podczas jednej z samochodowych wycieczek w kilkuosobowym mieszanym towarzystwie o diametralnie różnej płci, dyskretna obserwacja omawianego problemu pobudziła moją wielką dociekliwość. Turyście płci męskiej ta banalna czynność zajmuje mniej niż minutę (wliczając w to obowiązkową kontemplację obłoczków na błękitnym niebie...) i nie stwarza wygórowanych wymagań co do specyfikacji terenu. I daje natychmiastowe poczucie owej niezapomnianej „nieznośnej lekkości bytu”. Rozumiem doskonale, że sprawa jest zgoła nieco bardziej delikatnej natury u koleżanek-turystek. Jeśli jednak ukształtowanie terenu jest korzystne nad wyraz, to rzecz powinna być i tu niemal równie prosta. Niestety, mam pecha do takich towarzyszek, które satysfakcjonuje jedynie wizyta w wyspecjalizowanym zamykanym lokalu odpowiedniej kategorii, którego pilnego wyszukania domagają się bezkompromisowo niezależnie od lokalnych warunków i sytuacji. Satysfakcja wydaje się być wprost proporcjonalna do wysokości uiszczonej opłaty. Najbardziej zagadkowe jest jednak to, że znikają w tym "ustroniu szczęśliwości" na conajmniej 10 minut. Nie chciałbym uchodzić za niezdrowo wścibskiego, ale dużo dałbym za to, aby zrozumieć co można tam robić przez tak długi czas... Ot, gotowy temat na habilitację z socjologii! Oczywiście, że żartuję, ale przestaje być zabawne - jeśli powtarza się to misterium marudztwa czasu kilka razy w ciągu dnia. Podobny problem opisuję przy okazji mycia.

** apteczka
Skład podręcznej apteczki musi być dobrany indywidualnie. Ja mam w niej po 5 tabletek Polopiryny, Apapu, węgla medycznego, zatopione w ampułki porcje środków sercowych. Ampułka 5 ml Rivanolu, plaster z gazą. Rowerzyści upalnym latem narażeni są na odparzenia tyłka. Warto zabrać parę torebek herbaty rumiankowej do zaparzania. Wieczorem zaparzoną w niewielkiej ilości wody i nieco odciśniętą ostudzoną torebkę trzeba zaaplikować tuż przed położeniem się do spania, we właściwe miejsce, czasem nieco głębiej. Rumianek jest nadspodziewanie skuteczny.

Jest jeszcze jedna przydatna umiejętność medyczna w terenie. Usunięcie kłopotliwego paprocha z oka jest proste tylko wtedy gdy przyczepił się on w dolnej części oka. Warto przećwiczyć odsuwanie górnej powieki przy użyciu zapałki. Górną powiekę odciągamy za rzęsy nieco do przodu i w górę, naciskając ją jednocześnie z zewnątrz w dół główką zapałki. „nawijając” elastyczną powiekę na główkę. Teraz można już puścić palcami powiekę trzymając ją zapałką i odchylając ją dowolnie od gałki oka. Na pozór brutalne, ale zupełnie niebolesne.

Dramatyczne mogą być skutki ukąszenia przez żmiję, szerszenia lub nawet osę, osoby uczulonej. Pierwszą reakcją jest podanie wapna w płynie, dobrej jakości. Zwykłe tanie preparaty wapnia są słabo przyswajalne. Ugryzienie psa przez żmiję rokuje często źle: tym gorzej im psiak jest mniejszy. Natychmiastowe podanie płynnego wapna Sandoz jest niezbędne, ale konieczne też natychmiastowe przewiezienie do lekarza. Problemem jest to, że w przychodniach odmawiają z reguły podania psu surowicy dla ludzi. Konieczne może być użycie perswazji "siłowej"... 

"ten wspaniały samochód"...
Z reguły staram się używać pociągu do dojazdu w teren; wbrew pozorom daje mi to znaczną swobodę. Co prawda, muszę stawić się o określonej porze na dworcu, ale wymusza to na mnie zachowanie pewnej dyscypliny. Za to, z chwilą opuszczenia pociągu, nie muszę już troszczyć się dalej o pojazd...

Znajomi z reguły jednak proponują wspólny wyjazd samochodem. Typowa propozycja-scenariusz wygląda następująco. "Ponieważ pojedziemy samochodem, zatem jesteśmy swobodni, a więc nie musimy zrywać się o świcie! Proponuję wyjazd o 9-tej rano...". Kilka minut przed 9-tą odbieram telefon: "Właśnie wstałem. Jak tylko zjem śniadanie, zaraz wyjeżdżamy!" Oznacza to, że nie ruszymy wcześniej, niż o 11-tej... A jeszcze, korzystając z tego, że jedziemy samochodem - wpadamy po drodze do znajomego, aby załatwić jakąś drobną sprawę, co jednak trwa dalsze pół godziny. Po drodze tankujemy dodatkowo paliwo, co zajmuje kolejne 15 minut, oraz szukamy czynnego sklepu, aby kupić niezbędną część samochodową, co zajmuje dalsze 20 minut. Ostatecznie, na dobre ruszamy w drogę około południa (w największy upał). Po drodze trwa wymiana uwag w rodzaju: "o, właśnie tą drogą w bok, można dojechać do bardzo interesującego dworku w pięknym parku! Pojedziemy tam następnym razem...". Oczywiście, ten "następny raz" nigdy jakoś nie może mieć miejsca... Czasem wydaje mi się, że dźwignia wstecznego biegu samochodu moich przyjaciół przyrośnięta jest do ich wątroby; każdorazowe jej użycie wydaje się sprawiać dolegliwość niemal fizyczną... A kiedy już jesteśmy w miejscu startu (a jest już po 13-tej, gdybym pojechał rano pociągiem, już od 3-4 godzin byłbym w lesie!), pojawia się problem: co zrobić z samochodem? Najlepiej tak zaplanować wędrówkę, aby po zrobieniu niewielkiej pętli, dotrzeć na koniec w jego pobliże. A jeśli robimy spływ kajakowy, to znaczna część ostatniego dnia przeznaczona jest na robienie "czółenka" po pozostawione po drodze samochody... Na czym ma polegać więc ta "swoboda" wynikająca z posiadania samochodu? Większość moich znajomych robi wrażenie, że usiedli kiedyś przed laty, przez nieuwagę - na fotel samochodowy posmarowany grubo klejem Butapren... Tak bolesne jest dla nich oddalenie się od samochodu i tak dalece usiłują podporządkować turystyczne zamierzenia, swojemu nieodstępnemu samochodowi.

Jazda samochodem izoluje mnie od kontaktu z powierzchnią terenu, dźwiękami, wiatrem, zapachami, ludźmi. Pozycja pasażera odgrodzonego od świata szybą i karoserią, skłania do sennej bierności i swoistego dystansu do spraw i specyfiki mijanego terenu. Po całodniowej jeździe samochodem mam wrażenie, że oglądałem jedynie film wideo... (to prawie jak deklaracja ideowa "antymoto"!). Samochód jest bardzo często prawdziwą kulą u nogi turysty. Chyba, że z powodów zdrowotnych lub wiekowych nie pozostaje nic innego - lub podczas dalszych wypraw za granicę. Na co dzień zdecydowanie wolę dopasować swoje plany do komunikacji kolejowej. Niestety, PKP coraz bardziej staje się nieprzyjazne dla turystów: likwidowanie kolejnych linii kolejowych, celowo złe skomunikowania pociągów, stosunkowo duży koszt oraz brud i tolerowanie plagi chamstwa i palaczy, stają się coraz bardziej dokuczliwe...

jednak rower...
Najbliższy kontakt z przyrodą zdecydowanie mam na kajaku. Z reguły pływam na kajaku składanym "JANTAR"; uniezależnia mnie to od transportu samochodowego. Kajak składany jest o wiele lżejszy od typowych "plastików", zdecydowanie wygodniejsze jest również siedzenie, znacznie więcej jest również miejsca na bagaż. Ponieważ pływam po łatwych i malowniczych rzekach, a nie po to aby "walczyć z przeszkodami oraz z własną słabością" (jak czyni to wielu z moich przyjaciół - niedoszłych "wiecznych harcerzy"), zatem miękki spód składaka i jego załogi nie są zbytnio narażone na uszkodzenia. Wyprawa kajakowa jest jednak dość kłopotliwym przedsięwzięciem organizacyjnym. W przeciwieństwie do spływu kajakowego, zdecydowanie się na dwudniowy wyjazd rowerem można zrealizować w ciągu godziny.

Jeśli jadę sam, plany wyjazdu muszę mieć sprecyzowane poprzedniego dnia. Inaczej jeśli nawet obudzę się o świcie, trudno się przemóc: "jest jeszcze tak wcześnie... pogoda niezbyt pewna... pojadę następnym pociągiem...". I w taki sposób często w ogóle z domu nie wychodzę... Natomiast już w trakcie wycieczki plany ulegają często znacznym zmianom. Dlatego zabieram ze sobą zapas map pokrywający teren znacznie większy od planowanego w momencie wyjazdu.

Nie lubię chodzić pieszo (wyjątkiem są góry), bo już po 15 km jestem na tyle zmęczony, że nie chce mi się zwracać uwagi na to, co jest obok drogi. Rower daje mi możliwość przebycia ok. pięciokrotnie większego dystansu i tyle samo razy większą ilość wrażeń. W dodatku jest to zupełnie inny rodzaj wysiłku. Po przejściu pieszo 25 km, odczuwam ogólne zmęczenie jeszcze następnego dnia. Po przejechaniu rowerem odległości 70 km, jestem co prawda zmęczony - ale po 30 minutowym odpoczynku, w zasadzie mogę kontynuować dalszą jazdę. W ciągu roku przejeżdżałem ok. 6000 km, w tym z psem: ok. 1500 (niestety, Mucha nie żyje od 2006, a jej następczyni - Mila - od 2014).

zapraszam na przydatne Forum Rowerowe http://www.podrozerowerowe.info
 

rowerem w pociągu
Najbardziej niebezpieczny jest dla mnie powrót pociągiem. Przepisy zmuszały mnie do jechania z rowerem w przedziale tzw. „bydlęcym”, gdzie miałem okazję do pozbycia się złudzeń co do obyczajów wielu moich tzw. „rodaków”. Kłęby smrodu tytoniowego i niekończące się zapijanie piwem, stek prymitywizmu, wrogość do każdego niepalącego i niepijącego. Próba zwrócenia uwagi może skończyć się bezpośrednim zaatakowaniem. Dzieje się to pod tabliczką ironicznie zakazującą tego wszystkiego oraz zachęcającą do zgłoszenia wykroczenia, przy jednoczesnej kompletnej bezczynności służb kolejowych. Od pewnego czasu wprowadzam rower na przedni pomost pociągu elektrycznego i proszę o pozwolenie wprowadzenia do środka. I mam przygotowaną na taką okazję emocjonalną tyradę na temat postawy służb kolejowych. Reakcja bywa różna, ale zdecydowany jestem doprowadzić kiedyś do scysji na tyle poważnej, aby wreszcie zwrócono uwagę na liberalnie traktowany problem kolejowego chamstwa. Tu możecie w całej krasie zobaczyć jaką ironią jest przyjęcie Polski do Europy. Jeśli chcecie pozbyć się społecznych złudzeń, jeźdźcie Kolejami PKP w przedziałach „...z większym bagażem” (ale na własne, spore ryzyko)!

I jeszcze techniczny drobiazg: wagony tzw. „rowerowe”; dla mnie są one niewielkim tylko udogodnieniem. Bo wchodzi się do nich tak samo jak do innych wagonów PKP, tyle - że dźwigając wyładowany rower: po bardzo wąskich, wysokich i pionowych jak drabina - schodkach; przejściem najeżonym metalowymi prętami, klamkami, zapadniami, o które zahaczają pedały, kierownica, linki, błotniki. A otwieranie drzwi od środka także jest malownicze: najpierw szarpanie się z oporną klamką i parokrotne uderzanie biodrem i barkiem; i zagadka: zacięły się, czy są jeszcze zablokowane, czy też trzeba jeszcze mocniej walnąć? Cóż: polscy projektanci dumni są zapewne z pancernej konstrukcji wagonów, których podłoga położona jest dobrych 30 cm wyżej niż w innych krajach. Są także wagony z szerokimi suwanymi drzwiami. Na specjalne polecenie (sic!) drzwi te zostały na trwale zablokowane.

krótka antologia turystycznego marudztwa...
Znam osoby (skądinąd zaprzyjaźnione), należące do jednego z Klubów ("F-y"), z którymi jednak staram się w teren nie wyruszać. Ich biwakowy obyczaj polega na siedzeniu przy gitarze do 3 w nocy, a następnie na spaniu bez względu na pogodę, do godz. 10. Potem trwa: rozcieranie kułakiem zapuchniętych od upału oczu, drapanie się i głośne ziewanie, przyglądanie się kołkom od namiotu, znikanie na godzinę w lesie, mycie, ponowne chodzenie wokół namiotów, robienie herbaty, ponowne znikanie w lesie, ponowne oglądanie kołków w namiotach, powtórne robienie herbaty i tak bez końca!
Dłubanie przez dłuższy czas w uchu i innych otworach naturalnych i rozgłośne ziewanie jest jednak nieco krępujące dla czyniącej to zaspanej osoby. Problem ten rozwiązali palacze: wytwornie zapalają papieroska i stoją sobie spokojnie przez kwadrans chronieni nietykalnością, mrużąc boleśnie oczy od gryzącego dymu i krztusząc się lekko; ach, biedni cierpiętnicy za połowę ludzkości! Oczywiście nie można oczekiwać, że ktoś ośmieli się przerwać to misterium palenia papieroska gburowatą sugestią, że należałoby się wziąć do porannych zajęć biwakowych i nie marnować głupio czasu... Powtarzają zresztą to misterium paręnaście razy w ciągu dnia. Ustaliłem nawet pewne typowe sytuacje: 1-sza F-owska strefa czasowa: ruszenie w plener przed godz. 11-tą. Odnotowane są niezweryfikowane doniesienia o pojedynczych przypadkach wyruszenia o tej porze. Nie daję im wiary nawet, jeśli to prawda. 2-ga strefa: godz. 11-13; (odnotowano udokumentowane nieliczne przypadki). Oraz 3-cia strefa: po godz. 13-tej.; (to zdecydowana większość). Zrozummy się dobrze: czasem i ja mam ochotę na leniuchowanie w ładnym miejscu, jednak z reguły takie niedopasowanie się jest (dla obu stron) niezwykle irytujące. Nie jestem fanatykiem zrywania się i pędzenia przez cały dzień. Uważam jednak, że przy dobrej pogodzie można wstać o 8 rano, a kilkanaście minut po 9-tej można bez pośpiechu być gotowym do wyruszenia. Daje to zapas czasu pozwalający na przerwę w ciągu dnia w interesującym miejscu. Głupotą jest bezcelowe marnowanie tego czasu rano, na dreptanie godzinami wokół obozowiska. Maruderów spotyka zresztą często kara, w postaci wizyty strażnika leśnego z bloczkiem mandatowym... (Oj, chyba nabieram sporo sympatii dla służb leśnych!)

gitara
Cóż: zaryzykuję potępienie większości czytających ten tekst, ale wcale nie jestem zachwycony, kiedy u dołączających po drodze współtowarzyszy, widzę gitarę. W większym towarzystwie, na biwaku wieczorem przy ognisku chciałbym porozmawiać z osobami, których od dawna nie widziałem. Gra na gitarze skutecznie uniemożliwia jednak jakąkolwiek rozmowę. Z reguły do późna w nocy. Uniemożliwia również posłuchanie wieczornych odgłosów otoczenia. Ponieważ śpiew przy gitarze jest jednak uważany za specjalną atrakcję, cierpię w pokorze starając się nie utyskiwać (do czasu jednak, kiedy nie każe mi się również samemu śpiewać!). Do szczególnie znienawidzonych kupletów zaliczam: "marsz, Polonia!" oraz: "na zielonej Ukrainie"... Z reguły jest to tak: leżę sobie wieczorkiem w pięknym miejscu nad wodą. Z drugiego brzegu słychać fałszującą niemiłosiernie gitarę i pijackie mamrotanie (bo przecież nikt nie zna słów). Wszyscy czekają na refren i ryczą: "hej, Sokoły!..." - po czym znowu mamrotanie aż do kolejnego refrenu. I tak co godzinę do rana... Jedyny bodaj tekst, który moi rodacy opanowali w sposób biegły i w całości, to słowa znanej, bogatej w treści ideowe i ambitnej literacko pieśni masowej: „ole! nie damy sie!”.  Niech ta niechęć złożona będzie na karb jednego z moich wielu dziwactw (nigdy przecież nie stawiałem karkołomnej tezy, że jestem normalny)...

Odczucia osoby, która lubi śpiewać wraz z innymi, są zupełnie inne niż osoby która tego nie pragnie - a jest tylko przypadkowym słuchaczem, i to wbrew swojej chęci. Wiele lat temu na stoku Granatów napotkałem grupkę siedzących kilku ludzi, którzy półgłosem śpiewali „Gaude Mater Polonia”; byli to jacyś chórzyści. Oni także odczuwali potrzebę śpiewu i także mieli owo poczucie głębokiej wspólnoty. Ale zachowali je dla siebie; nie odważyli się na wrzaskliwe narzucanie swojej obecności i nastroju innym ludziom oraz górom. Dla mnie wrażenie z tego spotkania było niezapomniane - również z powodu właśnie owej powściągliwości i intymności. Niestety wszyscy niemal turyści odczuwają potrzebę nie tylko śpiewania, ale poprzez jak najgłośniejsze wywrzaskiwanie - narzucanie swojej bezceremonialności całemu otoczeniu w promieniu kilkuset metrów. Im głośniej ryczą, tym radośniej się uśmiechają z zadowolenia i dumy, że tacy są dzielni i podziwiani. Hej, co tak cicho śpiewacie? Nie umiecie głośniej? Ma być nas słychać na kilometr! Ci sami podpici wywrzaskiwacze przy pierwszej okazji oburzają się na samochodziarza, który właśnie podjechał swoim lśniącym pojazdem, rozsiadł się opodal niego na składanym krzesełku i puścił na cały regulator radio przy otwartych drzwiach samochodu. Kochani! Przecież wasze obyczaje są niemal identyczne...

wspólne śniadanie
Kolejną atrakcją jest "wspólne śniadanie" na biwaku. Jeśli tylko mogę, wyłamuję się z tego obrządku jeśli tylko grupa jest liczniejsza niż 3-4 osoby. Po pierwsze: praktyka wykazuje, że wbrew pozorom, trwa to o wiele dłużej niż procedura indywidualna. Po drugie: wcale nie sprawia mi przyjemności podporządkowanie się gustom tzw. większości. Z reguły, aby się nie objadać, przygotowuje się zbyt mały zestaw śniadaniowy, a potem wszyscy starają się podkradać pośpiesznie co bardziej atrakcyjne kromki. Ponieważ nie lubię dławić się w pośpiechu, pozostaje dla mnie chleb z margaryną i dżemem (tego połączenia najbardziej nie znoszę!). Nie wożę ze sobą wyszukanych kosztownych frykasów; chętnie podzielę się tym, co mam; ale dlaczego mam być skazany na ten nieszczęsny chleb z dżemem?

Ze śniadaniem wiąże się jeszcze jeden bardzo typowy rodzaj marudztwa. Są pięknoduchy, które zamiast śniadania wypijają jedynie poranną kawkę („bo z rana i tak nie mogę nic przełknąć”). Ale natura ma swoje prawa - i jeszcze przed południem wymuszają oni drugie (?) śniadanie. Trzeba robić przerwę, rozładowywać bagaże, rozpalać ogień itd. Kolejna godzina straty. Trudno mi wyrokować, czy jest to tylko wytworne przyzwyczajenie, ale ja mam zwyczaj objadać się i opijać na śniadanie na zapas, drugi porządny posiłek robię wieczorem, a w ciągu dnia poprzestaję na niewielkich zakupach w przygodnym sklepiku. Najmniej kłopotu i straty czasu daje robienie posiłków wraz z nocnym biwakiem.

Przy wyszukiwaniu drewna na ognisko oszczędzamy stare silnie spróchniałe kawałki gałęzi. Dają one niewiele ciepła, a są siedzibą licznych i często rzadkich owadów. Oszczędźmy im zagłady! Leszczyna na kiełbaski to osobny przykład celebracji. Ja kiełbaskę piekę na suchym kawałku gałązki długości 30 cm. Jeśli się to robi ostrożnie - wystarczy. Mam niestety przyjaciół, którzy muszą udać się na poszukiwania pręta leszczynowego długości metra. Inaczej pieczenie "nie jest ważne". Dla mnie jest to nie do przyjęcia: jak można tak bezmyślnie zniszczyć dla tak błahej przyczyny okaz życia rośliny, której odradzająca się zieloność po długiej zimie, jest dla mnie czymś w rodzaju misterium... No cóż: jestem dziwakiem.

moi znajomi
Okazuje się, że niezmiernie trudno jest przekonać kogoś z moich sprawnych fizycznie przyjaciół do opisywanego sposobu turystowania. Wielu rowerzystów uznaje wręcz za ujmę skorzystanie z pociągu, aby jak najprędzej znaleźć się w lesie... Uważają, że powinno się na rowerze wyjechać z domu, pedałować ruchliwą zakopconą drogą (wszystkie wylotowe trasy są właśnie takie), i w podobny sposób powrócić do domu. W ten sposób nigdy nie możnaby odjechać dalej niż 40-50 km od miejsca startu. A ileż razy można jeździć tymi samymi trasami w promieniu 40 km od domu? Gdyby jechać bocznymi (okrężnymi) trasami - to zasięg będzie jeszcze mniejszy! Trudno się z nimi porozumieć: "co to jest 40 km na rowerze?! trochę ponad godzinkę!" Może tak jeżdżą sportowcy; ja z bagażem na rowerze mam średnią dzienną (wliczając przerwy) 10 km/godz (sic!), a pieszo 3 km/godz (również tak jak i ci przechwalcy...)

Namawianie zaczynam jeszcze w zimie. Z reguły wszyscy nastawieni są entuzjastycznie (bo do wiosny jeszcze daleko!). A na wiosnę, aż do początku czerwca jest jeszcze "za zimno", potem jest okres najrozmaitszych świąt, które z reguły przeznaczane są na różne prace remontowo-budowlane, potem jest urlop, a później już jest jesień, a więc jest już "za zimno"... Mam znajomych, którzy w ciągu roku robią jedną "wyprawę życia", a przez resztę czasu skrzętnie zabiegają o dodatkową pracę we wszystkie soboty...

Równie trudne jest namówienie ich do nocowania w terenie. Z reguły pod koniec dnia, a więc wtedy, gdy w lesie i nad wodą robi się najpiękniej, zaczynają spoglądać coraz bardziej nerwowo na zegarek, a wreszcie oświadczają: "no, trzeba już jechać do najbliższej stacji, bo spóźnimy się na ostatni pociąg powrotny...". Większość ludzi odczuwa wręcz irracjonalny przymus do powrotu wieczorem do swojego mieszkania nawet wtedy, gdy nic istotnego nie ma do zrobienia następnego dnia w domu. ("nie po to płacę taki drogi czynsz mieszkaniowy, aby jak pies spać pod drzewem...")

Spostrzegłem, że reakcja większości ludzi których próbuję zachęcić do jakiegoś wyjazdu np. za 3-4 dni, uzależniona jest od tego, jaka pogoda jest w momencie rozmowy. Albo więc trzeba takie namawianie prowadzić wyłącznie podczas słonecznego dnia, albo uświadomić wyraźnie swojemu rozmówcy ten fakt.

Prawdziwą plagą są ci moi znajomi, którzy łaskawie dają się namówić na np. dwudniowy wyjazd, ale drugiego dnia rano oświadczają: "wiesz: właściwie, to ja powinienem być w domu jeszcze przed południem...". W tym momencie przyłącza się do kolejny uczestnik: "no, skoro jedziesz, to i ja skorzystam, zabiorę się tobą i też pojadę...". A dwóch kolejnych racjonalnie rozumuje: co za różnica - te 3-4 godziny? My też wracamy! To tak gdy jeden palacz wyciągnie szeleszczącą paczkę papierochów - i po minucie wszyscy oni MUSZĄ palić - bo to silniejsze od nich... I w ten sposób kończy się wycieczka! Kiedyś pojechaliśmy do domku nad jeziorem na Sylwestra, planując wyraźnie, że jedziemy na 3 dni. Na skutek opisanego scenariusza, byliśmy z powrotem w domu w niecałe 24 godziny po wyjeździe! Powoli dojrzewam do tego, aby jeszcze przed wyjazdem zbierać na piśmie od uczestników, oświadczenia o terminie ich powrotu...  Problemem bywa również zabieranie przypadkowych osób nie znających naszych planów i zwyczajów. Czasem jednak to właśnie oni podporządkowują sobie całą resztę uczestników - w wyniku jakichś swoich specyficznych układów towarzyskich... Warto również wcześniej ustalić zasady wypełniania obowiązków religijnych (niedzielnych, sobotnich lub piątkowych. różnie to bywa w różnych religiach...).

kilka osób, kilka celów
Prawdziwą plagą jest różnica celów wycieczki kilkuosobowej grupy. Na wycieczkę samochodem w góry zabraliśmy kiedyś kilkoro młodszych osób. Już w toku wyprawy okazało się, że ich modelowy dzień polegał na siedzeniu wieczorem przy umiarkowanie procentowych napitkach, do godziny 2-3 rano; a w oczywistej tego konsekwencji spanie do późna, opisana wyżej procedura marudzenia porannego przeplatanego paleniem papierosków (do 20 sztuk dziennie), spóźnianie się na śniadanie i robienie go drugi raz od nowa. Każda przerwa związana była z celebrowaniem papieroska. Jedną z głównych atrakcji dnia było zatrzymywanie się i znikanie w mijanym miasteczku na conajmniej 45 minut. Oczywiście: kawka w lokaliku. Ale na kawkę trzeba poczekać 5-10 minut, a jak już ją podadzą, to przecież jest ona gorąca i trzeba poczekać aż ostygnie (kolejne 5-10 minut), a po wypiciu poczekać na zapłacenie... Drugim ważnym celem były strategiczne przygotowania do wyszukania po południu najbliższej łaźni lub basenu i godzinny w nim pobyt. Cały czas jednak wisiała nad towarzystwem groźba katorgi przyłączenia się do pójścia w góry (odrzucana konsekwentnie w zarodku). I tak przemęczyliśmy się wzajemnie przez prawie 3 tygodnie.

Należy takiej sytuacji unikać za wszelką cenę. Przed zaproszeniem niezbędne jest jasne postawienie celów oraz sytuacji, których chcemy unikać. Ale w praktyce i tak takie ustalenia nie wystarczają i różnice i tak pojawią się w trakcie. Większą gwarancję daje zabieranie tylko dobrze znanych osób. W ten sposób nie poznamy jednak nowych, czasem interesujących ludzi.

dziwna pamięć
Ulubionym tematem wspomnień kolegów spotykających się po latach - jest wojsko. Im więcej lat mija, tym wspomnienia te są sympatyczniejsze. To taka dziwna właściwość naszego mózgu: zastępowanie złych wspomnień - sympatycznymi (bo wojsko, to przecież bezmiar bezsensownego trudu połączonego z psychicznym maltretowaniem). Nieco podobnie dzieje się ze wspomnieniami turystycznymi. Mam zaprzyjaźnionych turystów, których już nawet nie pytam: jak było na ostatniej wycieczce? Bo odpowiedź jest zawsze taka sama: wspaniale! A przecież moich wiele wypraw kończyło się niesympatycznie: paskudne załamanie pogody i deszcz z wichurą, mgła w górach, spływ po rzeczce zawalonej drzewami, zarośniętej łozą, z chmarami komarów, zakończony połamaniem kajaka, skrajnie niewygodne buty, osoba, która skutecznie zatruwała innym życie. A i wybór trasy bywa czasem niefortunny. Dlaczego to wszystko negować? Czy nie lepiej przestrzec innych, a nie niepotrzebnie ich zachęcać?

Tym, którzy głośno twierdzą, że nawet pogoda jest zawsze dobra ("co najwyżej ubiór jest nieodpowiedni"), życzę częstych deszczy i wiatru w twarz - może wreszcie zmądrzeją i zaczną myśleć i mówić szczerze. Po co się tak zgrywać i kłamać?

cztery pory roku (rozważania prawie filozoficzne...)
Wiosna jest niezwykła, przede wszystkim z powodu optymizmu towarzyszącego planowaniu - w wyobraźni. A podczas planowania wszystko jest proste i jasne, w odróżnieniu od prozy faktów. Świadomość, że mam przed sobą lato - czas realizacji, jest niezwykle krzepiąca. A surowy zapach wilgotnej zieleni, kory gałęzi i podmokłych łąk, koncert żab w bajorku, widok wracających żurawi, nieustający nieskomplikowany wiosenny śpiew ptaków, coraz dłuższe dnie, charakterystyczne oszołomienie po powrocie do domu po całym dniu w terenie (nawiasem mówiąc: jest to objaw podtrucia nieprzystosowanego jeszcze po gnuśnej zimie organizmu, tlenem. Tlen jest bowiem trujący...) - wszystko to nadaje wiośnie specyficzny nastrój. Niestety: często głupio siedzimy wtedy w domu bez wyraźnego powodu. Moi znajomi wiedzą, że wiosną nie należy nawet próbować zapraszać mnie na różne wspaniałe uroczystości towarzyskie w rodzaju „100 rocznicy ślubu z udziałem Prezydenta, dwóch Arcybiskupów oraz cioci z Australii która specjalnie dla mnie przyjeżdża po 50 latach - na ten jeden dzień”... Jeśli jest pogodny weekend, to nie tylko odmówię, ale zrobię to wręcz w grubiański sposób; w sezonie od piątku do niedzieli jestem poza miastem. Czesi mają swoje powiedzenie: „to se nevrati, Pane Havranek...”. Namówienie moich turystujących znajomych do dalszego wyjazdu jest bardzo trudne bo: albo „jest jeszcze za zimno”, albo mają w kolejne niedziele „piątą rocznicę I Komunii" kolejnego chrześniaka (który zresztą czeka nie na samą uroczystość, tylko i wyłącznie na obowiązkowe prezenty), albo muszą jechać na giełdę samochodową, albo będą malować przedpokój. Gdyby byli to ludzie, którym turystyka jest obojętna, to takie moje namawianie byłoby po prostu natręctwem; wiem jednak, że lubią oni przyrodę, a nie potrafią zdobyć się na decyzję tylko przez codzienne zagonienie i bezmyślność.

Łapię się na tym, że często robię zdjęcia fotograficzne, których celu nie umiem klarownie wyjaśnić osobom trzecim. Są to zdjęcia fragmentów, które są dla mnie bardzo charakterystyczne ze względu na atmosferę; te zdjęcia przeznaczam na zimę - dla odtworzenia nastroju (podobnie jak robi się latem konfiturę truskawkową na zimę). Lato jest czasem realizacji zamiarów. I jak to bywa z realiami, różne realne okoliczności psują optymistyczne plany. Przesunięcia terminów urlopowych, trudność dopasowania do planów innych uczestników, ich niespodziewane zmiany, prozaiczna grypa z powikłaniami, zgubiony w ostatniej chwili paszport, dwutygodniowe załamanie pogody - to typowe takie mało sympatyczne realia. A nie trzeba to było korzystać z wiosny?

Jesień jest nostalgiczną porą konsumowania i oceniania zbiorów; nostalgiczną z powodu świadomości, że prawie wszystko jest już za nami... Co prawda jesień to czas kolorów i zapachów lasu, zbierania grzybów, odgłosów rykowiska, ale to tylko szukanie pocieszenia. Bo po jesieni jest już tylko zima. Przejście lata w jesień odbywa się raptownie i niespodziewanie. Czasem letnie upały przeciągają się do września; potem przychodzi dwudniowe załamanie pogody i znowu wraca słońce. Ale nie jest to już letnie słońce: mamy wczesną jesień. Nawet późną jesienią staram się kontynuować turystykę. Przyjemność jest coraz mniejsza: krótki dzień, skutecznie zniechęcające częste deszcze. Nie ma co ukrywać: jesienią jeżdżę z rozpaczy, że już po lecie, i ze strachu, że im później, tym będzie trudniej - a zima coraz bliżej. Za kilka tygodni zrobi się zupełnie paskudnie, a przecież: „to se nevrati...”. Aż trudno uwierzyć, że jeszcze parę tygodni temu drzewa były zielone, a ziemia zielona od trawy, sucha i ciepła. Polecam również dla poprawienia nastroju jesiennego, odtworzenie sobie nagrań ptaków: http://ptaki.one.pl   http://www.kp.org.pl/index.php?page=shop.browse&category_id=5&option=com_virtuemart&Itemid=170 (kiedyś się wstydziłem, ale ja naprawdę robię to czasem podczas długiego przedwiośnia, znakomicie poprawia mi nastrój; te płyty również nadają się na prezent). Interesujące, że już we wrześniu pojawiają się silnie kąśliwe nocne przymrozki, podczas gdy noce listopadowe bywają często zupełnie ciepłe.

Zimy nie znoszę! Zima to zaprzeczenie wszystkiego co lubię: krótkie dnie, wilgoć, śnieg lub ślizgawica uniemożliwiająca użycie roweru i kajaka, zasypane śniegiem lasy, wszechobecna wilgoć, zwiędła trawa, brak zieloności drzew i łąk, niemożność położenia się na ziemi, cisza bez ptaków. Jednym słowem: nastrój martwoty po katastrofie. Na nartach nie lubię jeździć, a bajkowe krajobrazy okiści śnieżnych na drzewach, błyszczących w słońcu na tle granatowego nieba - są rzadkością, którą daje się w mojej okolicy obserwować raz na dwa lata. Pewnie, że jedynie sensowny jest wtedy wyjazd w góry - w poszukiwaniu słońca i śniegu jednocześnie. Ale to wszystko jest szukaniem uroków „na siłę”, i nie rekompensuje innych zimowych mankamentów. Jednym słowem: nie mam usprawiedliwienia dla zimy! Zimą jestem otoczony samymi nieprzyjaznymi realiami; w terenie jestem tylko chwilowym włamywaczem - i co szybciej uciekam do domu. Wiosną moim domem może być las, a zimą skazany jestem na dom. Zima jest mi potrzebna tylko po to, aby tym niecierpliwiej czekać na wiosnę. Podobnie jak potrzebny jest ból zęba: bez tego nie wiedzielibyśmy jak dobrze jest, kiedy ząb nie boli... W zimie zaczynam wiosenne planowanie, ale i przypominam sobie niezliczone utracone słoneczne dnie letnie; „to se nevrati...”. Oczywiście, również zimą staram się gdzieś wyjeżdżać, ale ma to charakter rozpaczliwy... Spędziliśmy kiedyś w trzy osoby bardzo sympatycznego Sylwestra w czasie śnieżnej i mroźnej (-15 stopni) zimy, w lesie nad Wdą, na Krzywym Kole. Skorzystałem wtedy z możliwości schronienia się w ogrzewanym samochodzie - aby dla próby przespać noc w (podwójnym) śpiworze pod gołym niebem. Noc niezapomniana: chrupiący na silnym mrozie śnieg, las, i F skuta lodem Wda, żadnych osiedli w pobliżu, spływające powoli w nieruchomym powietrzu pojedyncze skrzące się w świetle księżyca płatki śniegu; wrażenie bajkowe... Ale i świadomość, że jest to okres wielkiego cierpienia zwierząt. Nie jest to prawda, że zwierzęta są przystosowane i nie odczuwają zimna, bo mają one futro. Jest to czas rozpaczliwej walki o przetrwanie. A co powiedzieć o niezliczonych wiejskich psach na krótkim łańcuchu wrzynającym się w szyję, bez budy, karmionych co parę dni - wtedy, gdy akurat jego właściciel wytrzeźwieje po kilkudniowym pijaństwie? Dla zimy nie mam usprawiedliwienia!  Zatem: raz (?) jeszcze czekamy na wiosnę i nie zmarnujmy jej głupio!

To jedna  z przykrzejszych rzeczy: kontakt z ludzkim celowym lub nawet nieświadomym okrucieństwem: psy bez budy, na krótkim łańcuchu wrzynającym się w szyję do krwi (bez obroży), pilnujące jakiejś beznadziejnej rudery przez całe lata, przewrócone puste dziurawe miski, czekające cierpliwie aż gospodarz wytrzeźwieje za dwa dni po kolejnym pijaństwie, wyrostki znęcające się nad zwierzętami... W pamięci mam kilka takich obrazów; nie trafiłem zareagować, a pamięć o tym będzie dla mnie karą za zaniechanie... Teraz trochę się zmieniło przynajmniej teoretycznie: są przepisy, są w każdym powiecie ludzie do których można zgłaszać maile z prośbą o pomoc

Apeluję, aby nie pozostawiać podobnych sytuacji bez reakcji; tylko nasz nacisk może coś zmienić. Należy to robić chociażby po to, aby potem móc spać spokojnie. Podaję więc link do strony   www.otoz.pl (Ogólnopolskie Towarzystwo Ochrony Zwierząt - to nie to samo, co TOZ). W dziale interwencje znajdziecie kilka sprawozdań.   e-mail w sprawie interwencji: interwencja@otoz.pl  (058) 550 43 73
Osoby pracujące w biurze cały czas mają włączony internet i sprawdzają pocztę, przekazują do odpowiednich oddziałów czy inspektorów. Jeśłi sprawa jest b. poważna, jedziemy tego samego dnia, w innych przypadkach następnego, zawsze najpóźniej do tygodnia (jeśli są b. pilne sprawy nie mogące czekać).

Interweniując osobiście na policji trzeba mieć świadomość, że zgłoszenie niemal na pewno zostanie potraktowane lekceważąco. Trzeba dać do zrozumienia, że będzie się sprawdzać jego wynik, i że będzie ono zgłoszone potem do OTOZ, a policja także będzie miała potem kłopoty.
 

o sportowych dewiacjach...
Niekiedy moje turystyczne upodobania są komentowane z uznaniem jako sport. Gwałtownie wtedy protestuję! Sport jest w moim rozumieniu walką: albo z drugą osobą, albo z własną słabością, albo z przeciwnościami natury. A ja mam skrajnie pokojową naturę (z dużą domieszką lenistwa). Czasem pytają: czym właściwie różni się rowerowa wycieczka od gry w tenisa? Tym, że kiedy się stoi na korcie z rakietą - to MUSI się grać, a ja NIE MUSZĘ jechać rowerem - i mogę iść piechotą lub usiąść sobie przy drodze. Pojechałem kiedyś na masowy spływ kajakowy (chyba ze 100 kajaków). Komandor Spływu kontrolował numery startowe, były punkty karne za każdą minutę uchybienia pory swojego startu (kolejny kajak co 3 minuty), punktacja indywidualna, punktacja drużynowa. Większość spływowiczów bardzo była przejęta tymi bajerami i oczekiwała na kulminację: punktowany slalom kajakowy następnego dnia. Oczywiście nie było mowy aby zatrzymać się w sympatycznym miejscu trasy; walka o punkty przesłaniała im uroki otoczenia. Jeśli to komuś odpowiada, to jego sprawa. Dla mnie takie typowo sportowe ambicje są rodzajem dewiacji; drugiego dnia spływu poprosiłem Komandora o dyskwalifikację, wypłynąłem 2 godziny przed resztą uczestników i miałem bardzo udany, spokojny dzień na wodzie!

A jednak i ja nie byłem dawniej wolny od podobnych skłonności: sprawiłem sobie kiedyś licznik rowerowy i kontrolowałem roczny przebieg i byłem nieszczęśliwy gdy wszystko wskazywało, że przejadę mniej kilometrów niż w roku ubiegłym! Teraz mam licznik, którego odczyt zeruje się przy każdym włączeniu. I nie mam już teraz żadnych stresów, a licznik służy tylko do tego, do czego powinien służyć: jest pomocą w lokalizowaniu mojego położenia i do konfrontacji z mapą (no, teraz przejął to GPS). Sportowe ambicje są zamachem na moją wolność i przeszkadzają w robieniu tego, co najbardziej lubię. Jeśli jest sympatyczne otoczenie i atmosfera, to robię biwak i skracam wycieczkę; jeśli zaś droga jest bardziej stroma, to bezwstydnie złażę z roweru i pcham go piechotą; korzystam też z pociągu aby szybciej wyjechać z miasta. Nie odczuwam żadnego poniżenia, gdy widzę, że ktoś mnie wyprzedza (najczęściej robią to w mijanych wioskach kilkunastoletni chłopcy; po wyprzedzeniu mnie pędzą jeszcze 20 metrów, po czym zawracają rower bardzo dumni ze zwycięstwa! Wracając oczywiście "bez trzymanki". I ja miałbym się podobnie śmiesznie zachowywać?). A więc: precz ze sportem! Nie znoszę u siebie wzrostu poziomu adrenaliny! Jeśli ktoś chce bawić się w ten sposób, to oczywiście jego sprawa, ale trzeba wiedzieć, że sport ma niezwykłą siłę wciągającą. Warto więc uświadomić sobie co się traci poddając się temu nałogowi. Bo przecież ruchu i wysiłku można zaznać także w sposób niesportowy. Zdaję sobie sprawę z tego, że jestem w moich poglądach osamotniony. Większość moich znajomych kocha walkę: przepychanie kajaka przez zwalone drzewa, płycizny, rwące bystrza, pływają też pod prąd rzeki.

Ja również jako dziecko próbowałem chodzić za rękę z rodzicami - tyłem. Ale szybko doszedłem do wniosku, że takie udziwnianie życia jest po prostu bez sensu. Niektórzy moi znajomi najwyraźniej jeszcze do tego etapu nie dotarli...

„Sportowcy” turystyczni ponoszą zresztą zasłużoną karę za swoją dziecinadę: są nieszczęśliwi kiedy „przegrywają” z prawdziwym lub wymyślonym przeciwnikiem, nie mają czasu na uroki życia i nie dostrzegają wielu rzeczy mijanych obok. Ale najczęściej sami o tym nie wiedzą... Mają co prawda od czasu do czasu satysfakcję zwycięstwa, ale czy warto? To tyle o pomieszaniu sportu z turystyką, bo jest rzecz jeszcze gorsza: sport i publika na stadionach! Ale cóż: utarło się, że ze sportu powinno robić się niemal religię.

Czy nie lepiej tak:

Mapa nie zawiodła: oaza zieloności, małe jeziorko z pomostem, częściowo zarośnięte osoką aloesowatą („polski kaktus”), pas wody, pas trzcin, dalej podmokłe łąki Miejsce jest tak piękne, że pomimo wczesnej pory (16), decyduję się na biwak. Wylegujemy się w słońcu, a po zachodzie przenosimy się 200 m dalej, w miękkie trawy na skraju lasu. Spokojny wieczór, prawie bez komarów, wieczorne wodne odgłosy ptaków. Budzę się po północy: nad jeziorkiem snują się widmowe strzępy oparów, nad lasem jasnożółta latarnia ogromnego księżyca prawie w pełni. Nastrój tak niezwykły, że długo nie mogę zasnąć (jak w  „Świtezi ?”). Jak dobrze, że nie dałem się skusić po południu magii „zapieprzania byle dalej i przed siebie”. Po latach w pamięci pozostają takie właśnie miejsca i nastroje, a nie przejechane głupio kilometry i widok opony przedniego koła!

A więc: precz ze sportem, precz z adrenaliną i precz z ambicjami!

zagrożenia
Ponieważ turystykę uprawiam często bez towarzystwa (
opisałem wyżej tak wiele swoich dziwactw, że nie ma się co temu dziwić), jestem czasem pytany, czy nie boję się samotnego chodzenia po odludnych terenach? Obaw przed ciemnością oraz duchami udało mi się pozbyć już pewien czas temu... Natomiast istnieje kilka zagrożeń, które trzeba brać pod uwagę. Napady zdarzają się przede wszystkim w miejscowościach i ich najbliższym sąsiedztwie. W lesie można napotkać czasem na wędkarzy, którzy są dość nieprzyjaźnie nastawieni do wszystkiego, co może im w ich mniemaniu płoszyć ryby. W skrajnym przypadku ("bezrybie" + alkohol), należy liczyć się z ich agresywnością. Bardziej niebezpieczne może być przypadkowe natknięcie się na złodziei kradnących drzewo z lasu lub ryby ze stawów rybnych. Mogą nie mieć skrupułów przed sięgnięciem po broń, dla uniknięcia zdemaskowania! Pewne zagrożenie stanowią po zmroku kłusownicy czatujący z bronią palną na zwierzynę; notuje się sporo przypadków przypadkowego postrzelenia przez myśliwych. W nocy po lesie warto więc chodzić z włączonym światłem, nawet podczas pełni księżyca. Wreszcie, groźne może być nadepnięcie na niektóre rodzaje sideł zastawianych w bezludnych miejscach przez kłusowników. Mogą one być w postaci zębatych szczęk z niezwykle mocną sprężyną. Wyzwolenie się o własnych siłach z takich "pastw" może być niemożliwe, a konsekwencje wykrwawienia - tragiczne. Inne wnyki przytwierdzone bywają do nachylonego sprężystego pnia drzewka. Po nieostrożnym nadepnięciu można być podciągniętym i zawieszonym przez pętlę z drutu, na wysokość 1-2 metrów...

W ciągu wielu lat turystowania nie miałem jednak nigdy podobnych przygód; w takich sytuacjach pewnym zabezpieczeniem jest telefon komórkowy.

O horrorze przewożenia roweru Koleją już pisałem wcześniej...

Dość często sygnalizowane są kradzieże sprzętu np kajakowego na biwaku, w nocy. Pewnym rozwiązaniem może być brzęczyk używany do instalacji chroniącej okna przed włamaniem. Do elementu magnetycznego czujnika można przymocować mocną, napiętą, niewidoczną kilkumetrową żyłkę nylonowa przypiętą drugim końcem do szpilki w trawie. Są też doniesienia o rabunku poprzez przecięcie żyletką powłoki namiotu.

Praktyka podpowiada, że noc w głębokim lesie jest znacznie bezpieczniejsza niż w mieście. Szczególnie jeśli unika się miejsc do których mogą dojechać samochodem zdziczali agresywni młodzi ludzie z miasta, lub wrogo nastawieni młodzi ludzie z pobliskiej wsi. Oczywiście znacznie polepsza bezpieczeństwo znalezienie drugiego towarzysza; ale jest to niemal niemożliwe. Na przypadkowego szaleńca można jednak natrafić - podobnego jak kilka lat temu w Górach Sowich.

żal?
Czasem, w szczególnie pięknym miejscu i nastroju, odczuwam żal, że nie mogę dzielić tych wrażeń z osobami mi bliskimi. Podobnie jak na koncercie tak wspaniałym, że czuje się ściśnięcie krtani... Ale po chwili wpadam w złość: skoro są tak pozbawieni fantazji, to niech sobie siedzą przed telewizorem tak długo aż oślepną lub zgłupieją, oglądając debilskie programy w rodzaju „śmiechu warte”, kolejne dwa „tele-durnie” oraz oraz kolejny film którego treść sprowadza się do pościgu samochodowego po zatłoczonych ulicach i strzelania. A po których w pamięci nie pozostaje nic... Nie przeszkadza mi to w beznadziejnej próbie namówienia ich do przyłączenia się do kolejnego mojego biwaku...

góry czy niziny?   woda czy las?   ruiny i ludzie...
Zadziwiające, jak różny krajobraz porusza różne warstwy osobowości; dla mnie wybór krajobrazu wycieczki ma ścisły związek z moim stanem psychicznym. Góry - to zgoda na twarde reguły konfrontacji z pogodą, słabością psyche i słabością fizyczną (przyznaję, że nie przepadam za tymi atrakcjami). Ale też i w nagrodę nieprawdopodobna zmienność wrażeń. Rozległe widoki i księżycowa noc na szczycie Ostrzycy Proboszczowickiej mają coś z odczuć Boga Ojca w chwili Kreacji... A widok z Orlej Perci pionowo w dół w chmurne przepaście Koziej Przełęczy pozostawia wrażenia wstrząsające. Lub noc w górach podczas burzy. Kiedyś powiedziano: góry wywołują we mnie poczucie stania wobec wieczności. Pozbawić się skutecznie tych wrażeń można równie głupio, jak prosto: zarezerwować pół roku wcześniej nocleg w schronisku, i wcześnie zejść z gór. Aby się nie spóźnić, broń Boże, na kolację (nie po to zapłaciłem...). Góry -  to nawał potężnych i podniosłych i kontrastowych odczuć. Do większych wstrząsów w mojej psychice zaliczam widok szarych martwych hal pomiędzy Kirami a Chochołowem, kwitnących miriadami krokusów w kwietniowym śniegu.

Lasy na nizinach są balsamem dla duszy. Zazdrościć ich powinni nam Włosi, Grecy i Francuzi. Opowiadano, że do Polski na naukową konferencję przyleciał pewien Islandczyk, który po raz pierwszy opuścił swój bezleśny kraj. Na obrady wprost z Okęcia zabrano go samochodem na Mazury. Przy pierwszym prozaicznym postoju w dorodnym lesie pod Nidzicą, załamały mu się nogi i ukląkł on na mchu... Wilgotna stonowana zieloność uspokaja (no, aby tylko nie pobłądzić. Ale od czego mamy GPS?). Urozmaicony las w pełni przemawia wtedy, gdy zmusimy się do uklęknięcia (w przenośni i dosłownie) i zbliżenia twarzy do bujnego zielonego mchu lub pomiędzy krzaki borówczysk. Dlatego: nie śpijmy w namiocie, a na świeżym powietrzu; i nie spieszmy się. Odkrywają się wtedy dziwy mikroświata; warto je utrwalić na makrofotografii. Bo to świat tak egzotyczny, jak obrazy z teleskopu Hubbla. Najgłupszy sposób bywania w lesie - to posłużenie się samochodem... Ech, ten samochód! Najczęściej skutecznie zabija możliwość doznań wyższych, niż doznania Światowca-Posiadacza-Wszystkiego któremu spieszy się bardzo. Choćby nie wiem jak się zaklinać...

Wyjątkowo spotęgowane poczucie bliskości z przyrodą daje woda (ale nie na motorowym ślizgaczu lub jachcie - a na kajaku. I na rzece, a nie na dużym jeziorze. Charakterystyczne: im wolniej, tym więcej zastanowienia. Pęd - to domena Zdobywców, a nie Uczestników misterium). Im twarz jest bliżej ziemi - tym bardziej wtapiamy się  otoczenie. Ale i las na dłuższą metę pozostawia odczucie nadmiaru.

Wtedy człowiekowi społecznemu pozostaje krajoznawstwo na równinach: zagospodarowane Niziny, ale też i Pogórza Sudeckie. To szperanie: nie w tym Co Jest, ale W Tym, Co Kiedyś Było. A więc krajoznawstwo. Najbardziej wymagające i kłopotliwe. Bo nic nie jest dane automatycznie. Trzeba w długie zimowe wieczory się przygotowywać: czytać, siedzieć przy Necie, szukać i rozmawiać z ludźmi, którzy wiele wiedzą. Mam takich przyjaciół pasjonatów Dolnego Śląska, tu w Gdańsku (a Dolny Śląsk i Pomorze są najciekawszymi regionami w Polsce). I trzeba czytać stare mapy (cóż to za Franzözich Grab przy drodze Napoleonstrasse w głębi lasów?). Bo bez tego wszystkiego teren, w który pojedziemy wiosną - nie przemówi. Moim odkryciem są atrakcje Żuław i Powiśla. W ślad za krajoznawstwem zazwyczaj idzie emocjonalny związek z ziemią. Ważne w dobie globalizacji i wszechwładzy pieniądza.

Krajoznawstwo, to również kontakty z ludźmi. Z wieloma wspaniałymi, których nigdy byśmy nie poznali inaczej. Ale i z całą żałosnością prymitywizmu i chamstwa. Te podsłuchane w pociągu niekończące się najmilsze rozmowy Rodaków o tym, ile wódki wypili poprzedniego wieczora,  impertynencki wzrok zdegenerowanych chuligańskich wyrostków,  plugawa ich mowa, wszystko w kłębach tytoniowego smrodu w przedziale dla niepalących osmarowanym sprayami,  z pociętymi żyletkami ławkami,  wybitymi szybami na dworcach,  zerwanymi rozkładami autobusów,  połamanymi drogowskazami,  wysypanymi w środku lasu górami śmieci,  hordami agresywnych wyrostków na ulicach,  tysiącami pijanych kierowców samochodów zabijającymi niewinnych ludzi,  skomlącymi zagłodzonymi psami bez budy, dogorywającymi na metrowym łańcuchu bez obroży,  pościnanymi metalowymi balustradami mostków sprzedanymi na wódkę,  złupionymi ruinami pałaców,  spalonymi po pijanemu drewnianymi kościółkami,  zniszczonymi bezmyślnie niemieckimi, mennonickimi i prawosławnymi cmentarzami,  okradzionymi przydrożnymi figurkami.     Staliśmy się enklawą w Europie.     Straszne...

W ciągu roku przechodzę wszystkie stadia turystycznych tęsknot, i staram się uprawiać różne ich sposoby realizacji. I klnę długą zimę, jako Czas Stracony, Czas Niewoli. Aby do wiosny!

Tomasz Pluciński
nowy adres:  tomasz.plucinski@ug.edu.pl 

F strona główna